środa, 27 maja 2020

Czy wszyscy jesteśmy ofiarami? czyli słów kilka o syndromie sztokholmskim w pracy…


„Wśród pomagających rozróżniamy takich, którzy nie myślą o sobie, i takich, którzy dbają o zachowanie dobrej kondycji. Ci pierwsi zrazu wyglądają na lepszych ludzi… tymczasem… badania pokazują, że w ogólnym rozrachunku dbanie o siebie pozwala pomagać innym dłużej… co finalnie pozycjonuje tych pomagających jako efektywniejszych”.

M. Brzeziński „Głaskologia” 

Dreptał, tupał i jest… tym razem tytuł sformułował mi się po wysłuchaniu #hot16challenge2, autorstwa E. Błachnio, która uznała, że… „wszyscy jesteśmy ofiarami”. Ja, z każdym, kolejnym dniem, także nabieram coraz to większej pewności, że jesteśmy…, w tym przypadku różni nas jedynie „stopień zaawansowania” tego stanu. Oczywiście, w warunkach pracy, zazwyczaj nic nie zagraża bezpośrednio naszemu życiu, ale z tytułowym syndromem mamy do czynienia wtedy, kiedy poniżany i źle traktowany pracownik, nie tylko nie sprzeciwia się oprawcy, w osobie przełożonego, choć nie tylko, ale jest w stanie usprawiedliwiać jego naganne zachowanie, czy też pomagać mu w osiąganiu jego tylko osobistych celów. Bardzo często w dzisiejszych realiach taka sytuacja występuje wówczas, gdy dana osoba, z jakichś powodów nie może zmienić pracy, np. z powodów finansowych (ma kredyt, dzieci na utrzymaniu), inne zobowiązania, czy też jego poczucie, jako pseudo powód do braku zmiany, wszak "chcieć, to móc". Tych przykładów można by mnożyć. Każdy z zupełnie innej bajki i o innym ciężarze gatunkowym. Wszystkie łączył by jeden i ten sam problem, tzn. występuje nadmierne, nierzadko balansujące na granicy patologii, uzależnienie pracownika od jego pracodawcy. Oczywiście, zjawiska te najłatwiej byłoby wytłumaczyć jednostkowymi błędami zarządczymi, czy też wypaczeniami organizacyjnymi. To jednak ich sedno tkwi przede wszystkim w odhumanizowaniu rynku pracy w Polsce, w tym także i w sektorze ochrony zdrowia, gdzie znaczący odsetek zarządzających uznaje dzisiaj za pewnik, iż pracownika po prostu można „kupić” i to za relatywnie niewysoką cenę. To „sprzedanie” się zaś pracownika, to przyczynek do skrajnie wysokiego poziomu stresu, występującego wówczas w pracy, finalnie wykańczającego nerwowo każdego. Pracownik poddając się tej relacji, zupełnie zapomina, że „praca to nie towar, tylko dobro”. W efekcie tego zaczyna, nie tylko akceptować swojego oprawcę, ale i tłumaczyć go na różne, możliwe sposoby. Mimo, że początkowo było mu i trudno w nią uwierzyć, to jednak z upływem czasu, odczuwając dość silne zagrożenie, poddaje mu się. Niestety taka postawa, skutkuje ciągłym przygnębieniem, a niekiedy i wręcz depresją. Człowiek by zmienić swój nastrój, stara się znaleźć jakieś wyjście z trudnej sytuacji i najprostszym z nich wydaje mu się wówczas, emocjonalne „dostosowanie się” do niej. Niestety tylko na pozór jest to dobre rozwiązanie, ponieważ przez odczuwaną „wewnętrzną niezgodę” na taki bieg zdarzeń, pracownik w konsekwencji, wykańcza się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.
Jedynym, mimo, że słabym usprawiedliwieniem dla tego stanu rzeczy, jest fakt, iż „syndrom sztokholmski, to mechanizm obronny, pojawiający się w toksycznej relacji… Osoba zdominowana zacznie usprawiedliwiać negatywne zachowania oprawcy i uznawać go za przyjaciela. Wszystkie próby interwencji z zewnątrz zinterpretuje jak próbę skrzywdzenia kata i będzie starać się go obronić”. „Syndrom sztokholmski to mimowolna reakcja obronna organizmu, sposób na przetrwanie. Umysł broni się przed wpływem kata poprzez usprawiedliwianie go i tłumaczenie jego zachowań. Dzięki temu oprawca mniej się denerwuje, a ofiara odzyskuje pewne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Człowiek chce za wszelką cenę ratować swoje życie i jest w stanie nauczyć się żyć nawet w najgorszych warunkach”. Syndrom ten sprawia, że jego ofiara nie tylko nie walczy już ze swoim oprawcą, ale co gorsza, unika jakiejkolwiek z nim konfrontacji. A po pewnym czasie zaczyna wręcz wobec osoby wyrządzającej jej krzywdę, odczuwać sympatię i w pełni się z nią się utożsamiać. W konsekwencji mechanizm ten może doprowadzić nawet do sytuacji, w której osoba prześladowana, np. mobbingowana, zacznie w dziwaczny sposób „pomagać” swojemu oprawcy, by ten uniknął mogącej go spotkać  kary.
Syndrom sztokholmski przejawia się charakterystycznymi objawami, które dosyć łatwo zauważyć, przede wszystkim w zachowaniu się ofiary, która: nie widzi, że jest krzywdzona, bagatelizuje swoją sytuację i ją tłumaczy (na przykład tymczasowością zachowań oprawcy, która jest chyba największym ryzykiem wystąpienia tego syndromu, niebezpieczne „jeszcze trochę wytrzymam”,  najczęściej podbudowane jest znaczącym poczuciem pełnienia przez siebie w pracy misji, czy tez powołaniem jako takim, a nierzadko i po prostu faktem „lubienia swojej pracy”). Wówczas dość łatwo przychodzi usprawiedliwianie kata, wykorzystując do tego argumenty dotyczące: stresu, presji, specyficznej sytuacji organizacyjnej. Mając identyczne poglądy jak oprawca, ofiara często wprost staje po jego stronie, nie chce jego krzywdy, jest w dziwaczny sposób przywiązana - uzależniona do oprawcy, reaguje agresywnie na pytania dotyczące jej relacji z oprawcą, a co chyba najbardziej niebezpieczne, reaguje negatywnie na wszystkie próby pomocy z zewnątrz.
Syndrom sztokholmski wykształca się w określonych warunkach, do najistotniejszych z nich zaliczyć należy to, że ofiara myśli, że jej przetrwanie zależy od oprawcy, jest zniewolona i pomimo, że regularnie jest poniżana, to myśli, że nie istnieje wyjście z takiej sytuacji, nie bierze pod uwagę także i możliwości ucieczki, w tym przypadku np. zmiany miejsca pracy. Swoją uwagę skupia na bardzo drobnych, ale pozytywnych zachowaniach oprawcy, jak np. zrobienie herbaty, nierzadko wyolbrzymiając je. Często bierze pod uwagę jedynie perspektywę oprawcy, przez co nie skupia się na sobie, jako osobie poszkodowanej. Z upływem lat „uczy się jak unikać sytuacji, które mogą wywołać kłótnię lub sprowokować oprawcę. Każde, najmniejsze pozytywne zachowanie kata jest zapamiętywane i wyolbrzymiane. Ofiara przekształca oprawcę w obraz wybawcy lub przyjaciela. Jest mu wdzięczna za chwilowy brak przemocy, możliwość skorzystania z toalety lub zjedzenia posiłku”.
Dlaczego tak się dzieje? Psychologowie uważają, że jest to związane z tzw. dysonansem poznawczym, czyli sytuacją w której nasz mózg chce pogodzić dwie sprzeczne ze sobą rzeczy. Przykładowo, tkwimy w sytuacji, która jest dla nas w jakiś sposób zagrażająca (np. nasza praca wywołuje bardzo wysoki stres), ale nie możemy jej w tym momencie zmienić. Aby poradzić sobie z sytuacją i ją zaakceptować, zaczynamy postrzegać sytuację jako korzystną. 
O syndromie sztokholmskim, mówimy, gdy są spełnione cztery kryteria:
  • poczucie zagrożenia – ofiara jest przekonana, że jej życie zależy od woli oprawcy;
  • odruchy życzliwości – napastnik okazuje ofierze przyjemne, przyjazne gesty;
  • brak możliwości ucieczki – ofiara nie widzi szansy na wyjście ze swojej sytuacji;
  • pełna izolacja – ofiara ma poczucie osamotnienia i bezradności.
Występują w nim 4 fazy – pierwsza to niedowierzanie (np. nie możemy uwierzyć w to, że ktoś nas wykorzystuje) w drugiej, dostrzegamy zagrożenie, w trzeciej zaczynamy przeżywać depresję, a w czwartej – by poradzić sobie z napięciem, akceptujemy ją jako sytuację bez wyjścia i zaczynamy się przystosowywać emocjonalnie do tej sytuacji, zaczynając wierzyć w to, że to co się dzieje jest dla naszego dobra, lub nasz oprawca jest tak naprawdę dobrym człowiekiem, ale „musi” robić to co robi. Problem z syndromem sztokholmskim w pracy jest taki, że jeśli faktycznie osoba zaczyna go przeżywać, to nie tylko nie widzi wyjścia z sytuacji, ale również usprawiedliwia tę sytuację. Efektem jest brak działania i tkwienie w niekorzystnej sytuacji przez lata. To oczywiście nie tylko rujnuje jej zdrowie, ale również i karierę zawodową. Stąd proces „leczenia” syndromu sztokholmskiego, to temat bardzo trudny. Zazwyczaj ofiara sama niestety nie podejmuje takich działań. To osoby z jej najbliższego otoczenia, często przy znacznym profesjonalnym wsparciu psychologa lub psychiatry doprowadzają do skutecznego jego podjęcia i zakończenia. Nie jest to jednak proces, ani szybki, ani łatwy. Niemniej powrót do równowagi sprzed jego wystąpienia jest możliwy. 
Rozpoczęłam słowami z jednego z 16 wersowców i takimi też, autorstwa tym razem K. Kasi zakończę „O czym nie można mówić o tym trzeba krzyczeć”. Zatem metaforycznie "krzyczmy" … także i o syndromie sztokholmskim, by przede wszystkim uświadamiać, zwłaszcza tych, którzy już mają go w fazie znacznego zaawansowania… Dzisiaj, u przedstawicieli środowiska pielęgniarskiego, jak i medyków w ogóle, można dość wyraźnie dostrzec, że brakuje równowagi pomiędzy pracą, a życiem osobistym, określanej w literaturze, jako work – life balance. Mimo, że koncepcja ze wszech miar słuszna, to w Polsce, w grupach zawodów misyjnych, jej zachowanie w praktyce graniczy z cudem, czy też przypomina poszukiwanie świętego Graala... Warto jednak podejmować te poszukiwania, a pomocne mogą okazać się: solidarność grupowa, przyjazna atmosfera, o którą dbają w jednakowym stopniu zaangażowania się wszyscy, ale mając na uwadze ryzyko „psucia się ryby od głowy”, to na kadrze zarządzającej spoczywa obowiązek „dawania dobrego przykładu” w tym obszarze. Na koniec, by móc się ustrzec skrajnej postaci syndromu sztokholmskiego, rozumianego „…jako stan psychiczny, w którym podwładni dowodzeni przez półmózgiego dyletanta, zaczynają odczuwać sympatię do niego, powstałą na podłożu zrozumienia jego rzekomo trudnej sytuacji, będącej następstwem tego, że sam jest gnębiony przez jeszcze wyżej postawionego niekompetentnego idiotę”, zarządzani w myśl zasady „najlepszą regułą jest brak reguł”, warto po prostu, nieco mniej dbać o pozory, a zdecydowanie bardziej o siebie nawzajem, w poczuciu rzeczywistego, wzajemnego szacunku, zawsze mając z tyłu głowy, słowa M. Latosa, że „na szacunek pracuję, a nie się go domagam”, a od czasu do czasu,"jeśli ktoś Cię rani i rozczarowuje, nie pytaj się go dlaczego tak robi. Zapytaj się siebie, dlaczego Ty wciąż na to pozwalasz?".

czwartek, 30 kwietnia 2020

Etyczny profesjonalizm – kompetencja na wagę złota



„Profesjonalizm – pozwala robić to, czego nie boją się jedynie głupcy”

„Profesjonalizm – nie ważne czym, ważne jak!”



Pomimo, że w „poczekalni” pomysłów na wpisy … dość nerwowo już drepcze „syndrom sztokholmski”, to w realiach ostatnich dni, zdecydowanie silniejszym okazał się „PROFESJONALIZM” i to nie tylko ten opisywany w słownikach, jako „duże umiejętności i wysoki poziom wykonywanej pracy”, dla których synonimem są „fachowość” lub „zawodowstwo”, ale raczej zachowania lub postawy, świadczące o wykonywaniu jakichś czynności w sposób, już nie tyle zgodny z wykonywanym zawodem, ale wręcz ocierający się o wykonawstwo pretendujące do miana „sztuki”. Zdaniem niektórych, zarówno obserwatorów jak i uczestników zdarzeń z pierwszej linii walki z „koronkami”, w warunkach polskich może i trafnie, porównywanej niekiedy do cyrkowej, to jednak zawsze ocenianych, jako „mistrzostwo”. Prawdziwy profesjonalizm wymaga samodzielnego dbania o podwyższanie kwalifikacji, przy czym nie oznacza to, że profesjonalistą jest tylko ten przedstawiciel danego zawodu, który sam uznaje, że wie już wszystko. Profesjonalizm, to raczej „docenienie tego, co się wie i pokora przed tym, czego się (jeszcze) nie wie”. Wówczas to, potrzebne informacje można postarać się jak najszybciej zdobyć. Ważne jest, szczególnie obecnie, by umieć przyznać się do swoich ograniczeń, a w razie konieczności wiedzieć, gdzie i/lub do kogo zgłosić się po pomoc. Jak zauważa M. Kijowska, profesjonalizm to „zaangażowanie w pracę bez utraty <<Ja>>”. PROFESJONALIZM składa się z pięciu zasadniczych elementów, tj.: kompetencje, wiarygodność, opanowanie, pewność siebie i stałość, która uznawana jest za najważniejszy z nich. Ponieważ chcąc być profesjonalnym, nie można czasowo „odpuścić” tego, co stanowi o istocie naszej pracy, bo mogłoby się okazać, że ta właśnie chwila, spowoduje zaprzepaszczenie całego, dotychczasowego wysiłku. 
Zdaniem A. Aduszkiewicza „profesjonalista to ktoś, kto jest świadomy wartości, jaką ma jego praca dla otoczenia społecznego. Zna swoją wartość, ale wie, że zależy ona od tego, co warty jest dla społeczności produkt, który dostarcza. Profesjonalista rozumie swoją społeczną odpowiedzialność”. Zawsze ma on świadomość, „po co?” wykonuje swoją pracę i „co chce?” w niej osiągnąć. Można powiedzieć, że profesjonalista nie jest skupiony na sobie, lecz na najlepszym wykonaniu swojej pracy. Za to go „wynagradzamy”, czy też powinniśmy wynagradzać godziwie, choć nie pracuje on tylko dla pieniędzy. Zna on i stosuje się do „reguł prezentowanej sztuki”. Innymi słowy – zna i przestrzega standardy swojej profesji. I to co dzisiaj chyba najważniejsze, to profesjonalista ma swoje nieprzekraczalne granice. Codziennie gotowy jest na „test lustra”, nie bojąc się czyją twarz w nim zobaczy, bo nie nagina przyjętych reguł granej „sztuki”, dla zaspokojenia własnych potrzeb, czy koniunkturalnie dla innych, przydatnych mu osób. Zna granice dopuszczalnego kompromisu, poza którymi zaczyna się niedopuszczalna manipulacja przyjętymi w pracy zawodowej, standardami. Zdaniem T. Czekana „Profesjonalizm pojmowany, jako pewna dyspozycja, cecha ludzi, jak~ i instytucji, staje się coraz bardziej czymś pożądanym, oczekiwanym, wymaganym i oczywistym. W kodeksach etycznych firm staje się normą, cnotą etyczną”. W tym miejscu można by zadać sobie za J. Janczukowiczem, pytanie czy „Profesjonalizm – subiektywne zagadnienie etyczne, czy wymierna kompetencja?”. Kodeksy etyczne medyków, tak jak i w przypadku innych profesji, zawierają swoistą „deklarację” profesjonalizmu. Jednak czy jest to deklaracja z pokryciem? Pozostawię odpowiedź każdemu czytelnikowi z osobna, prosząc jedynie o pamięć o subiektywizmie etyki, w ujęciu definicyjnym. By móc bezwzględnie oczekiwać „wypełnienia ww. deklaracji” należałoby uprzednio spełnić szereg uwarunkowań technicznych, organizacyjnych, czy też społecznych, właściwych dla optymalnego wyposażenia miejsca pracy profesjonalisty. Trudno jedynie wymagać profesjonalizmu, od osób mających pracować np. w źle, czy w ogóle wręcz niezorganizowanej instytucji, na niezorganizowanym stanowisku pracy, czy też z wynagrodzeniem, plasującym się na poziomie płacy godnej jedynie poziomu „bylejakiego wykonania” danej pracy. Nie od dzisiaj wiadomo, że idea profesjonalizmu w realiach organizacyjnych, w których nie ma solidarności, lojalności, czy elementarnego szacunku pomiędzy pracodawcami i pracownikami, „jest jednym z narzędzi wyzysku, zmuszania do morderczej pracy, jest młotem na opornych, bo kto odważy się sprzeciwić tak szlachetnej idei?”. Wówczas staje się jedynie „atrapą dla wygórowanych żądań wobec zatrudnionych (bez zapewnienia im możliwości rozwoju osobistego i zawodowego; i nakazu całkowitej, bezwarunkowej lojalności wobec firmy”. Dlatego też, tak ważny jest fakt, czy pracodawca, oczekujący od pracowników profesjonalizmu, daje im szansę nimi zostać. Wśród zapisów kodeksowych, nie przypadkowo za „deklaracją profesjonalizmu”, aprobowane są zapisy praw pracownika do np. odmowy wykonania polecenia, czy też pojawiające się w kodeksach zawodowych, przyjmowanych w instytucjach, w których rzeczywiście zależy zarządzającym na profesjonalizmie,  prawo „bicia na alarm”, będącym odpowiedzią na poetyckie zapytanie C.K. Norwida „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala; Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?”. Dzisiaj szczególnie, jak za sprawą szkła powiększającego widać, że zapisy zawarte w kodeksach etycznych, pokładają zbyt duże oczekiwania, w obszarze profesjonalizmu, także i w samej formie odniesienia ich do ogółu pracowników. Ponieważ oznaczają one oczekiwanie powszechnej doskonałości, a niekiedy wręcz heroizmu od wszystkich. To niejednokrotnie dzisiaj oznacza oczekiwanie formy doskonałości trudnej do osiągnięcia w przeciętnych warunkach, dla przeciętnego pracownika. Tym bardziej, że obecnie, nierzadko można odnieść wrażenie, że Ci co sami zapomnieli czym jest profesjonalizm i etyka, oczekują ich od innych ze zdwojoną siłą. Uwypuklając i potwierdzając jednocześnie stwierdzenie J. Russ „… etyka o którą się wszyscy upominają, z trudem zakotwicza swoje normy i wartości w miejscu, które je ustanawia i uzasadnia”. Dzisiaj szczególnie, łatwo możemy dostrzec związek pomiędzy profesjonalizmem i etyką. Uznając podobnie jak M. Jantos, że podstawę działań zawodowych pielęgniarki/pielęgniarza, stanowią zasady etyki medycznej, oparte na teorii czterech pryncypiów, tj.: poszanowanie autonomii; nieszkodzenie, niekrzywdzenie; czynienie dobra (dobroczynność); oraz sprawiedliwość (rozdzielcza, dystrybutywna).  Dają się one każdorazowo sprowadzić do jednego terminu, a mianowicie PRZYZWOITOŚCI, rozumianej słownikowo jako „postawa zgodna z obowiązującymi zasadami etycznymi i moralnymi; porządność, uczciwość, solidność”. I o ile chcemy uchodzić za profesjonalistę, to w codziennym życiu zawodowym powinniśmy kierować się po prostu zwykłym poczuciem przyzwoitości. Tyle i aż tyle. Zgadzam się w pełni ze stwierdzeniem A. Aduszkiewicza, że profesjonalizm i etyka „idą w parze”, dodając, że bardzo silnie związanej. By jednak „umknąć” subiektywizmowi etyki, należy je wespół, uznać za wymierną, jakże dzisiaj przez wszystkich pożądaną w środowisku pielęgniarskim kompetencję, opisywaną w literaturze, jako ETYCZNY PROFESJONALIZM. Rozumiany według J. Szczupaczyńskiego, jako „ Kierowanie się w wykonywaniu zawodu (…) osobistym systemem etycznych wartości, przełożonym na język zasad profesjonalnego postępowania i uzgodnionym z wartościami i regułami firmy, przy jednoczesnym dążeniu do etycznej integralności”. Osoby posiadające tę kompetencję, „wyraziście artykułują swoje przekonania”, a „problem etyczności pojawia się w ich narracjach jako przemyślany i uporządkowany”. Charakterystyczną cechą etycznego profesjonalizmu jest przypisywanie dużo większego znaczenia warunkom niezwiązanym bezpośrednio z doświadczeniami zawodowymi. Dla osoby o ukształtowanym systemie wartości, warunki organizacyjne mają charakter wtórny, dlatego też mało prawdopodobne, by osoba o „prostym kręgosłupie i mocnej osobowości” mogłaby, w jakichkolwiek okolicznościach, porzucić pro etyczną orientację. Przyczynia się również do tego etyczna integralność takiej osoby, przejawiająca się spójnością we wszystkich obszarach jej funkcjonowania, czy też pełnionych przez nią rolach społecznych, które pozostają w całkowitej zbieżności z jej osobistym systemem wartości. Zatem osoby posiadające tytułową kompetencję, mogą okazać się dla swoich zespołów pracowniczych, swoistym panaceum, na „kryzysowo pandemiczne” zaspokojenie, definicyjnego dobrostanu, warunkującego zdrowie… Zatem stają się bezcenni… 
Myśląc optymistycznie, już i o tym co będzie po … marzą mi się rzesze pielęgniarek/ pielęgniarzy, u których tytułowy, etyczny profesjonalizm będzie oczywistą, powszechnie posiadaną kompetencją, prezentowaną w każdym ich codziennym, działaniu zawodowym. 
Uznając „klaskanie”, zwłaszcza nieszczere, za passe, w zastępstwie tych „klasków”, w zamian podsumowania, pozwolę sobie na osobiste i niestandardowe ujęcie „dziękuję”, dla wszystkich koleżanek i kolegów, pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy niejednokrotnie, w burzy chaosu organizacyjnego, nadal i mimo wszystko „po prostu robią swoje”, prezentując już dzisiaj najwyższy z możliwych poziomów etyczny profesjonalizm. Szczególnie „zdrowo” myślę tutaj o tych, „z pewnego, mono profilowego szpitala, miejsca moich źródeł zawodowych”. Trzymajcie się każda/każdy z osobna i pamiętajcie słowa J. Blackhurst, że „Nie możesz ciągle ratować świata. Czasem trzeba poprzestać na ratowaniu siebie”, bo jak to ludzie powiadają: dobry medyk, to medyk żywy i zdrowy.

wtorek, 31 marca 2020

Pytania z serii ponad czasowych, tym razem: kim chcę być w przyszłości…





„Czyste sumienie jest najlepszą poduszką do spania”
M. Hłasko


Zacznę tak niestandardowo i już na wstępie odpowiem: marzy mi się i bardzo chcę... być szczęśliwym człowiekiem, ale …
Nie byłabym sobą, więc pomimo świadomości znaczenia każdego „ale”… i choć zawsze z tyłu głowy termin „przyzwoitość” mi się pojawiał, w kontekście mojego społecznego i nie tylko funkcjonowania, to zdaje się szczególnie aktualnie, w jakiś dziwaczny wręcz sposób, marzy mi się tak po prostu, tu i teraz bycie przyzwoitym i szczęśliwym człowiekiem. 
W ostatnich tygodniach, co oczywiste materiały zamieszczane w nośnikach wszelakich, koncentrują się wokół malutkiego żyjątka w koronie, jeszcze nieodgadnionego przez człowieka, ale już dzisiaj dość mocno warunkującego nasze jestestwo. Śledząc te wiadomości płynące z różnych źródeł, niejednokrotnie wywołują one u mnie osobiście, delikatnie rzecz ujmując, zróżnicowane reakcje emocjonalne… A te zazwyczaj sprowadzają nas na … by nie pisać nazbyt pesymistycznie… użyję zwrotu „ścieżki kręte”, prowadzące nas w różne miejsca, w tym i takie, w których znaleźć się z własnej woli zazwyczaj nie chcemy, a stąd to już prosta droga do szeregu schorzeń … o których dzisiaj system ochrony zdrowia jakby zapomina, więc i zdrowy rozsądek nakazuje mi tłamsić w zarodku ich przyczyny… no ale niestety nie zawsze mi się to udaje, bo i ciekawość świata znacząca, dlatego w tych gąszczach zapewnień, zawieranych w przekazach różnych, jak to jesteśmy przygotowani…, jak to sobie… radzimy… Podczas, gdy jako lubujący się od ponad dobrych 40 już lat, wnikliwą obserwacją otaczającego mnie świata osobnik, dostrzegam coś zgoła innego. Ale być może to efekt tylko i wyłącznie mojej dość już dzisiaj poważnej wady wzroku, a może po prostu wręcz ślepoty „na zbyt jaskrawe farbki’ używane w tych przekazach…
Przykładów zarówno z własnych doświadczeń, jak i przekazów wiarygodnych i potwierdzanych empirycznie, zasłyszanych z ust innych osób, mogłabym mnożyć, codziennym ich szczytem jest "występ" jak to fajnie ujęto „medialnych stenduperów” na etatach urzędniczych, nierzadko najwyższego szczebla, mówiących, a to o przygotowaniu sektora ochrony zdrowia, a to systemu oświaty, na różnych poziomach, czy też urzędów do: zarówno walki z tym groźnym czymś, ale co równie chyba ważne, otwartości instytucjonalnej na obywatela… 
A ja, jak chyba już teraz miliony Polaków, odczuwam „tę cudowną codzienność” na własnej skórze coraz dobitniej i to w różnych obszarach, czy to przygotowanie sektora ochrony zdrowia, mimo że jeszcze nie... Na pierwszej lini ognia, za co z najczęściej domowego anturarzu podziwiam koleżanki i kolegów, ale przecież w tym błogostanie przygotowania… nie daj boże spaść ze schodów, choć fakt zapaść systemowa librusów i vulcanów jakby mniej mnie dotyka, ale i tu odczuwam skutki konieczności pracy zdalnej… i tak jak jeszcze cztery miesiące temu usłyszałam na własne uszy, „nigdzie nie jest napisane, że pracodawca musi mi zapewnić komputer” na moim stanowisku pracy, tak teraz dowiaduję się, że ten sam właśnie „poleca mi różnorodne narzędzia pracy zdalnej” i cóż, że do tego potrzebne są jak w każdym, prawidłowo przebiegającym kontakcie: co najmniej dwie strony… no cóż… to życie… 
Bezpośrednim jednak przyczynkiem do napisania tego tekstu był pewien wpis adepta jednego z kierunków medycznych, mocno negujący pewne, pojawiające się w odbiorze społecznym, oczekiwanie względem przyszłych medyków, a właściwie przygotowana w odpowiedzi na ww. konkluzja, bardzo cenna nie tylko w dzisiejszych realiach zawodowych medyków. Jak zawsze świadcząca o ponadprzeciętnym poziomie jej Autora w postrzeganiu i rozumieniu znaczenia dla późniejszego profesjonalizmu obszaru „pewnej, niedającej się wyuczyć predyspozycji osobniczej”, koniecznej dla przyszłego adepta zawodu medycznego, czy też i każdego misyjnego. W tej swoistej odpowiedzi, na tę młodzieńczą negację, Autor zaleca koledze-studentowi, zadanie sobie tytułowego pytania: kim chce być? 
Od lat polecam, sama także stosując, zadawać je sobie na różnych etapach życia, zarówno studentom, jak i czynnym już zawodowo medykom, bo w przypadku tak trudnych zawodów, obarczonych znacznym ryzykiem wypalenia zawodowego, należy je zadawać sobie cały czas, by nie zatracić w tej gonitwie dnia codziennego, za … bliżej niedookreślanym czymś… przede wszystkim siebie… Zatem pytajmy siebie systematycznie, szczególnie w tych najbliższych miesiącach… a unikniemy w przyszłości osobistego dramatu, przejawiającego się publicznym krzykiem rozpaczy „przegrałam życie za 3,5 tysiąca”.
W podsumowaniu zawartej już na wstępie odpowiedzi zacytuję K. Burnetko „Nie lubię zbyt wielkich słów, ani rozmów o takich pojęciach, jak przyzwoitość. O czym tu gadać? Przecież to proste: żyć przyzwoicie, to żyć w zgodzie z samym sobą i nie szkodzić innym. Albo jeszcze inaczej mówiąc: być lojalnym wobec siebie, ale i wobec innych ludzi, dbać nie tylko o swoje dobro, ale brać pod uwagę także dobro innych ludzi i tyle. Nie ma się tu nad czym zastanawiać”. 

sobota, 29 lutego 2020

Bombo…nie(a)…rka, czyli konsekwencje nie podjęcia leczenia syndromu bmw…






„Niektórych dopiero stan chwiejności
doprowadza do równowagi”.
Tadeusz Gicgier

Już na wstępie przepraszam czytającego te słowa, za pojawiający się w poniższym opisie „chaos myślowy”. Może być to wynikiem… zbytniej chęci spełnienia postawionego sobie celu: przygotowania co najmniej jednego wpisu w miesiącu, a luty, mimo, że i tak tym razem 29-dniowy, okazał się zbyt krótki do pełnego, wcześniejszego uporządkowania w głowie tego, co przez ostatnie tygodnie w niej się kłębiło… A mianowicie, rzecz będzie o… konsekwencjach nie podjęcia leczenia syndromu bmw…
Czytając, być może zbyt dużo, a do tego dość mocno zróżnicowanych w treściach informacji, natknęłam się na opisy kilku znanych w psychologii, syndromów. Nie wiedzieć dlaczego, analizując na bieżąco czytane treści, każdorazowo dochodziłam do wniosku, że mają one z tytułowym syndromem, gdyby na nie popatrzeć z perspektywy przyczyna – skutek, wiele wspólnego. Nie mam jednak pewności przy obecnym stanie mojej wiedzy i obserwacji, a i chyba odwagi na jednoznaczne wskazanie, co jest przyczyną, a co ich skutkiem. Dlatego przynajmniej na chwilę obecną, uznałam, że w konsekwencji przewlekłego, utrwalonego jego występowania u danej osoby, można by diagnozować, uznając za konsekwencję „nie podjęcia leczenia”, jeden z trzech znanych w psychologii zjawisk, tj.:
  • Syndrom gotującej się żaby,
  • Syndrom Pollyanny,
  • Syndrom superbohatera.
Syndrom gotującej się żaby odnosi się do okoliczności, w tym przypadku np. organizacyjnych, dających się sklasyfikować jako co najmniej trudne, czy problematyczne, które w miarę upływu czasu, przybierają na sile. Człowiek wówczas, jak ta żaba w eksperymencie, wrzucona do stosunkowo jeszcze nie bardzo ciepłej wody, adoptując się do rosnącej temperatury, w miarę jej podgrzewania, nie dostrzega właściwego momentu, w którym należało by „opuścić garnek”. Człowiek starając się stale dostosowywać do otaczającego go otoczenia, traci energię na często zupełnie niepotrzebne działania i dopiero „gotując się” – gdy sytuacja wymyka mu się już zupełnie spod kontroli (woda w garku wrze), jak ta żaba, podejmuje ten trud, niestety skazany jest na porażkę, bo nie jest już w stanie wykrzesać z siebie czegokolwiek. Dlatego nie zapominajmy, że ciągłe dostosowywanie się do... wymaga od nas stałego dopływu energii. Więc nie traćmy jej zbytecznie, czekając nie wiadomo na co…, bo może się okazać, że gdy już sami w końcu uznamy, że należy wyskoczyć (opuścić garnek – organizację), bo temperatura jest zbyt wysoka, nie starczy nam już sił na ten skok, gdyż całą energię utracimy wcześniejszej. Dzieje się tak dlatego, że zawsze łatwiej jest nam zwrócić uwagę na to, co jest zmianą nagłą, aniżeli na taką, która powolnie, ale w sposób destrukcyjny przybiera na sile. Okazuje się, że żaba ginie, nie z powodu wrzącej wody, lecz z powodu niezdolności do decydowania o swoim życiu, nazbyt długiego odwlekania decyzji o ucieczce i przesadnym, zbyt długim dostosowywaniu się do coraz trudniejszych warunków otoczenia. Dlatego SKACZ KIEDY JESZCZE MASZ SIŁĘ…
Syndrom Pollyanny, opisuje okoliczności, w których człowiek o określonym typie osobowości, będąc narażonym na niesprzyjające mu środowisko, niekiedy wykazuje pewne predyspozycje do tego, by w sposób szczególny być podatnym na nadmierny stres, czy występowanie wypalenia zawodowego. Mając na uwadze fakt, iż „droga do zmiany wiedzie poprzez akceptację i tak byłoby najlepiej”, uznaje on, że skoro już w tym środowisku i na takim stanowisku jest, to być może jest ono dla niego najlepszym, co aktualnie może mu się przydarzyć. Dlatego też staje się swoistym wyznawcą formuły z serii „zaakceptuj to”, „znajdź powody do wdzięczności”, „znajdź korzyści z tej sytuacji”. Otoczenie wówczas staje się polem korzyści, klasyfikowanych według zasad bohaterki książki o tożsamym tytule, której życie mimo, że było bardzo trudne, to stało się swoistym poligonem do zbierania doświadczeń, hartowania odporności psychicznej. Pollyanna to postać, która potrafiła dostrzec w każdej sytuacji coś pozytywnego. Jej postawa pozwala „uczyć się jak powoli stawać się sobą w pełni, jak stawiać granice…”, jest tylko jeden warunek by móc uniknąć tego, tylko na pozór pozytywnego syndromu, gdy występuje on u osób, które na siłę, nawykowo wręcz, dopatrują się pozytywów również w sytuacjach od których powinny stronić, bo NIE MOŻNA przy tym optymistycznym patrzeniu na świat, NIE OBIEKTYWIZOWAĆ SWOJEGO OSĄDU!!! 
W obu ww. przypadkach warto zalecać wszystkim złoty środek pomiędzy „syndromem gotowanej żaby, a syndromem Pollyanny”, czy też po prostu UNIKANIE SKRAJNOŚCI WESPÓŁ  Z BYCIEM SOBĄ!!!
Syndrom superbohatera (syndrom Atlasa), opisuje w najprostszy z możliwych sposób, jak nie lokować poczucia własnej wartości w innych osobach, „jest sposobem przystosowania się do życia ludzi, którzy doświadczyli w przeszłości sytuacji trudnych i urazowych – je udźwignęli, niemniej nie bez konsekwencji w dalszym życiu”. Za pierwowzór dla charakterystyki osób z tego typu syndromem, posłużył mityczny Atlas „silny za siebie i za innych, wciąż czujny, zawsze ofiarny, ale też nieustannie samotny i niespełniony. Jest przykładem na to, że to, co nas nie zabija, niekoniecznie nas wzmacnia”. Jest on wynikiem zaistnienia zarówno: bezradności – która z czasem może minąć, oraz silnego poczucia zagrożenia. Istotnym jego komponentem są silne emocje, najczęściej lęk, poczucie straty, cierpienie, wstyd, upokorzenie. To wbrew pozorom, syndrom typowy dla osób, które poradziły sobie z wcześniejszymi trudnościami, obecnie będące w pełni samodzielne, aktywne zawodowo i społecznie, tworzące związki, utrzymujące kontakty z bliskimi. Dość często postrzegane są wręcz jako zaradne, dzielne, czy niekiedy wręcz bohaterskie. Stąd mówimy o syndromie superbohaterów, bo są to często ludzie wręcz heroiczni, którzy mimo różnorodnych przeciwności nie poddali się, potrafili się zmobilizować, i odbudować swoje życie. Jednak problemem staje się fakt, iż  „kiedy już minie najgorsze, nie potrafią odpuścić, rozluźnić się. Powiedzieć sobie <hurra, zrobiłem, co trzeba i udało mi się>. Dlatego to jest pułapka adaptacyjna. Taki człowiek żyje w ciągłym napięciu, gotowości zmierzenia się z zagrożeniem, nawet gdy nic mu nie grozi. Dlatego nieustannie się zabezpiecza i nie lubi niespodzianek”. Syndrom Atlasa jest złożonym stanem psychicznym, ale najbardziej charakterystycznym jego przejawem jest kompulsywna potrzeba kontrolowania swojego życia, swoich bliskich oraz skłonność do przyjmowania na siebie zbyt wielu obowiązków, wyręczania innych, a to już prosta droga do patologii… np. pracoholizmu, bo „Atlas nie odczuwa trwałej satysfakcji z tego, czego dokonał. Może chwilową radość, ale szybko okupioną niepokojem”. Ponadto ważną rolę w syndromie superbohatera przypisuje się … „wypracowanej umiejętności rozumienia i współodczuwania przeżyć innych i zawsze towarzyszące mu silne poczucie odpowiedzialności” i „powód, mniej oczywisty – on czuje się o tyle wartościowy, o ile inni ludzie go cenią, kochają i zauważają. W związku z tym nie postawi wszystkiego na jedną kartę, nie zerwie relacji z tymi, na których mu zależy, nie narazi się na ich niezadowolenie”... 
Widząc niebezpieczeństwa płynące z zaistnienia w rzeczywistości, każdego z zaprezentowanych syndromów w realnym, codziennym funkcjonowaniu zawodowym środowiska pielęgniarskiego w Polsce, w dobie wzmożonych komunikatów o epidemiach… zalecam LECZMY SIĘ SZYBKO I SKUTECZNIE. Szczególnie uczulam na ryzyko wystąpienia, w mojej ocenie, najpoważniejszej dzisiaj konsekwencji „nie leczenia syndromu bmw”, syndromu pokracznego „superbohatera”, czy też „superbohaterek”. W uzasadnieniu osobistych obaw stwierdzam, że poddani wnikliwej analizie, okazują się być postaciami wręcz tragicznymi, bo w gruncie rzeczy nic nie robią bezinteresownie. Przede wszystkim za cel służy im, zdobycie przychylności innych ludzi, którzy dadzą im pewność, że są  ważni, czy wręcz niezastąpieni, przez co już zawsze towarzyszy im lęk o coś…, on/ona zaś „skupiony na tworzeniu różnych protez bezpieczeństwa, nie umie cieszyć się tym, co już osiągnął, a to, co stworzył, niszczy brakiem umiaru”. ZATEM MIEJMY UMIAR… we wszystkim, bo ponoć „co za dużo to nie zdrowo”,  czy też „nawet świnie nie chcą…”.

piątek, 31 stycznia 2020

Syndrom bmw* … czy można to leczyć?

"Trzeba mieć radość
w myśleniu i myślenie w radości”
ks. J. Tischner
* nie chodzi tutaj o identyfikowaną na rynku motoryzacyjnym markę samochodów, co o maksymę używaną od czasów PRL-u, dla określenia zachowań i/lub postaw ludzi stosowanych m.in. w życiu zawodowym, gdzie kolejne symbole literowe określają: b – bierny, m – mierny, w – wierny.
Po przeszło trzech miesiącach od dnia postawienia sobie zadania, systematycznego, co dwu tygodniowego  przeglądu 45 stron internetowych okręgowych izb pielęgniarek i położnych, w celu każdorazowo stworzenia zbiorczego zestawienia linków odsyłających do terminarzy zebrań wyborczych, w momencie przygotowywania jego 11 części, uznałam, że ostatnią będzie nomen omen… część 13, ale jak to z 13 bywa, stało się inaczej… Z kilku powodów, w tym m. in. dlatego, że zgodnie z terminarzami zebrań, w zdecydowanej większości wybory delegatów na zjazdy okręgowe już się odbyły, zaś kolejne facebookowe statystyki, wskazywały, że wybrana przeze mnie ścieżka informowania środowiska o terminach i miejscu zebrań wyborczych, nie jest chyba zbyt często wykorzystywaną, stąd zdecydowałam się już dzisiaj ww. działanie zakończyć. Jednocześnie, mając na uwadze wcześniejsze swoje plany, ale także i odnosząc się do chyba najważniejszego przekazu ostatnich dni, mianowicie słów wypowiedzianych przez Pana Mariana Turskiego „Nie bądźmy obojętni…”, chcąc po trosze, powodowana chęcią zaprezentowania własnego sposobu ich rozumienia, w ramach swoistego podsumowania poczynionych przeze mnie, kilkumiesięcznych, zintensyfikowanych obserwacji i analiz środowiska zawodowego, towarzyszących mi w czasie około wyborczym, ośmieliłam się napisać jeden tylko wniosek z nich płynący. Z przykrością stwierdzam, iż w Polsce „samorząd zawodowy pielęgniarek i położnych”, rozumiany jako skupisko wszystkich jego przedstawicieli, a nie jedynie organy go reprezentujące, został zainfekowany „syndromem bmw”, trudno przy tym nie podejmując działań stricte badawczych, szacować skalę tej infekcji. Optymistycznie liczę jednak na taką, którą w stosunkowo krótkim czasie, da się opanować… w czym w znacznym stopniu utwierdził mnie "rzeszowski zryw". Nieco łagodząc wydźwięk wniosku, jako formę swoistego usprawiedliwienia dla obecnego stanu rzeczy, napiszę, że za źródło  tejże infekcji uznaję długoletnie, nadmierne obciążenie obowiązkami i niewspółmierne do niego wynagradzanie przedstawicieli środowiska zawodowego pielęgniarek/-rzy/położnych w Polsce. Zaś za, poza tradycyjnymi drogami szerzenia się tego „zakażenia”, tj.: konformizmu społecznego, czy też po prostu jednostkowo stwierdzanego w każdej grupie zawodowej lenistwa, jako przyczynek należałoby ponadto jeszcze wskazać, ponad przeciętny poziom pędu za przysłowiową złotówką, który niejednokrotnie u jednostek wrażliwych, czyli bardziej podatnych, a w tym przypadku i słabych psychicznie, stwierdzone „zarażenie” następuje niejako wtórnie, w odpowiedzi na wszechobecny dzisiaj, konsumpcyjny styl życia. 
Z uwagi na to, iż w przeszłości parokrotnie stawiano mi zarzuty o wyrażanie nazbyt krytycznych sądów i opinii, w tematach różnych, by ułatwić czytelnikowi zasadność sformułowanego wniosku, przywołam kilka (subiektywnie wybranych) z zaobserwowanych wśród przedstawicieli środowiska zawodowego, w trakcie prac nad ww. zadaniem, objawów „syndromu bmw”. I tak kolejno, za sztandarowy przykład bierności można uznać, znacząco wysoki odsetek osób, które wykazują brak jakiejkolwiek chęci czy  zainteresowania się uczestnictwem w procesie wyborczym, z drugiej strony, zupełny brak, czy też niezadowalający przekaz podstawowych informacji, dotyczących procesu wyborczego, zamieszczanych m. in. na stronach internetowych, np. informacja o zebraniu pojawia się w odstępie krótszym jak regulaminowo wskazany, pojawiające się dwa zawiadomienia o danym zebraniu, zawiadomienia o powtórnych zebraniach, co w przy obecnym kształcie regulaminu, może wzbudzić wątpliwości, przy braku jednoznacznego wskazania przyczyny zwołania kolejny raz zebrania, a być może wystarczyłaby jednozdaniowa, krótka transparentna informacja... Finalnie ww. elementy prowadzą do tego, że na zebraniach wyborczych odnotowuje się w kolejnych kadencjach, znikomy odsetek osób biorących w nich udział, co w dalszej kolejności przekłada się na to, że wybierają się wzajemnie osoby lub grupy osób, najczęściej doskonale znające i od lat poruszające się … ujmę to metaforycznie, ww. „drogami szerzenia się zakażenia”, co w znacznym stopniu przekłada się na kolejne dwa elementy tytułowego syndromu. A przecież posiłkując się słowami R. Rolland „Dobro to nie jest wiedza, to jest czyn”, zatem pomimo, że jak pisze B. Disraeli „Działanie nie zawsze przyniesie nam szczęście, ale nie ma szczęścia bez działania”, czy M. Jordan „Mogę zaakceptować porażkę, ale nie mogę zaakceptować braku próby”. Dlatego nie jest ważne, jakie robimy postępy w działaniu, bo i tak podejmując jakiekolwiek działanie jesteśmy o krok dalej, jak osoby wciąż siedzące na swoich czterech literach… W przypadku osób, które nigdy nie podjęły nawet najmniejszego trudu zaangażowania się w prace na rzecz samorządu zawodowego, można jedynie puentować słowami B. Brechta „Kto walczy, może przegrać… kto nie walczy, już przegrał”, niestety w konsekwencji ww. zachowań, przegrywa całe środowisko, prowadząc do spowszechnienia nam zjawiska mierności wokół. A przecież jej najbardziej znany chyba synonim, to bylejakość… Dlaczego zatem przedstawiciele grupy zawodowej, opisywanej jako autonomiczna i samodzielna, tak łatwo godzą się na nią? Przecież jak pisał R. Devos „Ludzie, którzy stawiają sobie mierne cele, zazwyczaj osiągają to co zamierzali. Nie dążą do niczego i niczego nie zdobywają”, skrajnie zaś „umysły mierne potępiają wszystko, co przechodzi ich miarę”. Słownikowo mierność, to inaczej małość i podłość, niekiedy objawiająca się bezinteresowną zazdrością. Co się z nami dzieje, czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nie angażując się, otwieramy szeroko drzwi, dla mierności? Powtórzę „nie bądźmy obojętni…”, zgadzając się ze słowami A. Eintein’a „Świat jest niebezpiecznym miejscem nie przez tych, co czynią zło, ale przez tych którzy patrzą na to i nic nie robią”, a ku przestrodze napiszę za S. Fleszarową-Muskat „Obojętność jest dobrym stróżem cierpienia”. Słownik PWN charakteryzuje mierność, „…jako niedostateczny pod względem miary, wielkości, ilości, siły, mający słabą jakość, niewielką wartość”. Mamy zatem jej przejawy w formie, np. delikatnie ją nazywając, niedoskonałego przekazu, o toczących się etapach procesu wyborczego… czy też w dość jaskrawej postaci, działania mające na celu deprecjonowanie niektórych, aktywnych reprezentantów środowiska zawodowego, czy też podejmowana szczególnie w okresie około wyborczym, zintensyfikowana działalność agitacyjna „miernych” jej przedstawicieli, działających na rzecz … przede wszystkim interesu własnego, a nie szerszego ogółu. Powtórzę tylko za H. Mankell „Gdy mało się wie, wierzy się w różne rzeczy”. Tego typu praktyki, niekiedy ocierające się, czy wręcz dające się sklasyfikować jako patologiczne dość często bazują na istotnych dla grup samorządowych aspekcie, jednocześnie stanowiącym trzeci element, spośród ujętych w tytułowym syndromie, mianowicie wierności, w tym przypadku niestety błędnie identyfikowanej ze „ślepą lojalnością”, „skrajnie, niewolniczym poddaniem”, jednocześnie pozostawiając często obserwatora bez odpowiedzi na pytanie komu? czy też  czemu?”. Kilka tat temu na jednym z wystąpień prof. Gruszewska mówiła o "paziach królowej" czy też "trójkach przybocznych" omawiając klimat sprzyjający zachowaniom mobbingowym... No cóż opis ten w wielu okolicznościach nadal jest aktualny w odniesieniu do źle rozumianej "wierności". Zapominając, że jak mawiał Ks. J. Tischner „wierność jest przede wszystkim aktem nadziei, a nie pamięci”. Z własnych doświadczeń autorki w tym przypadku przed oczyma stają obrazy „kreślenia list pod dyktando”, czy też „wcześniejszych ustaleń”… To jakby obraz charakteryzowany słowami W. Trzaskalskiego, że „Wierność psa zależy niekiedy od wytrzymałości smyczy”, pytaniem bez odpowiedzi pozostanie, na jak długo jej wystarczy?
Tak jak i w zwalczaniu chorób zakaźnych, tak i w przypadku wystąpienia opisywanego syndromu bmw, możemy zawsze rozpocząć działania profilaktyczne… Przy czym jako osoba, która daleka jest od stosowania jakichkolwiek rozwiązań siłowych, nie myślę tutaj o w pełnym słowa znaczeniu „likwidacji źródła zakażenia”… Mimo, że w tym przypadku wskazanie „rezerwuaru zarazka” byłoby chyba zadaniem dość prostym, proponuję tu jednak wszelkiego typu działania mające na celu „podniesienie odporności”, czyli przede wszystkim ciągłe uświadamianie przedstawicieli środowiska zawodowego o ryzyku jego wystąpienia. Co w przyszłości przełoży się również na dość szybko podejmowane, świadome działania, mające na celu „przecinanie dróg szerzenia się zakażenia”, gdyby syndrom bmw pojawił się ponownie. Punktem wyjścia dla ww. działań, a tym samym skutecznym lekarstwem dla tytułowego syndromu powinno stać się powszechne wypracowanie i systematyczne doskonalenie umiejętności krytycznego myślenia u wszystkich osób legitymujących się prawem wykonywania zawodu. Słowa „krytyczny”, „krytyka”, krytycyzm” pochodzą od wspólnego z gr. KRITIKOS, które oznacza zdolność wydawania sądów, ale i dostrzegania różnic i co najważniejsze podejmowania decyzji… dlatego też, pomimo konotacji z dość powszechnym dzisiaj krytykanctwem, zasadniczo wszystkim zalecam krytyczne myślenie, jako panaceum na tytułowy syndrom. Charakteryzowane przez E. Glasera krytyczne myślenie, to „1. postawa wyrażająca się w gotowości do rozpatrywania w przemyślany sposób problemów i przedmiotów, które wchodzą w zakres doświadczenia; 2. Znajomość logicznych metod rozumowania i dociekania; 3. Pewna wprawa w stosowaniu tych metod”. Zaś według definicji National Council for Exellence in Critical Thinking (1987) „myślenie krytyczne jest zdyscyplinowanym procesem intelektualnym, który polega na: 1. Aktywnej i umiejętnej konceptualizacji, 2. Wykorzystywaniu, analizowaniu i syntetyzowaniu oraz ocenie informacji uzyskanych kogoś lub sformułowanych samodzielnie, 3. Obserwacji, zdobywaniu doświadczeń, 4. Refleksji, rozumowaniu, komunikowaniu”, niezapominając o tym, iż myślenie krytyczne … to swoiste przebudzenie umysłu, aby być gotowym badać i samego siebie. Zdaniem L. Elder, R. Paul osoba myśląca krytycznie, to taka, która do życia podchodzi „…w sposób racjonalny, refleksyjny i pozbawiony uprzedzeń”, a czyż nie jest to charakterystyka spójna z opisem reprezentanta zawodu misyjnego? W podsumowaniu pozwolę sobie „po gdybać”, prowokując czytelnika do dokonania analizy własnego przykładu, w oparciu o dwa proste pytania… czy w sferze zawodowej myślę krytycznie? czy dostrzegam u siebie objawy tytułowego syndromu bmw? No cóż, chcąc nie chcąc, trzeba myśleć. Dlaczego więc nie myśleć z rozmachem? Niestety zgadzam się z The Skeptic’s Dictionary, że „Myślenie krytyczne jest aktem nienaturalnym. W zgodzie z naturą dążymy do potwierdzenia i obrony przyjętych przekonań, nawet do poziomu irracjonalności” i być może właśnie dlatego mamy to co mamy… za F. Outlaw powtórzę „Uważaj na swoje myśli, stają się słowami… Uważaj na swoje słowa, stają się czynami… Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami… Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem… Uważaj na swój charakter, on staje się Twoim losem”. To Ty jesteś reżyserem własnej przyszłości, a zatem słowami L.M. Montgomery „Pamiętaj, że wszystko można zacząć od nowa. Jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów…” więc „Zacznij od robienia tego, co konieczne, potem zrób to, co możliwe, nagle odkryjesz, że dokonałeś niemożliwego” Św. Franciszek z Asyżu. Powodzenia i …odwagi...

poniedziałek, 30 grudnia 2019

By utrzymać FLOW, noworoczne … i nie tylko, postanowienia …

„Szczęście jest wtedy, gdy to co myślisz, czujesz i robisz, jest w harmonii” 
M. Gandhi
„Szczęśliwi Ci, którzy widzą piękno w miejscach zwykłych, tam gdzie inni niczego nie widzą”
C. Pissarro

Okres około świąteczny, a przede wszystkim Sylwester i Nowy Rok to czas, w którym zdecydowanie częściej jak zazwyczaj dopuszczamy do siebie chwile refleksji nad całokształtem naszego bytu, w tym także często sobie pozwalamy na swoiste całoroczne rozliczenie z samym sobą. Wówczas niejednokrotnie zadajemy sobie pytania z serii: Co udało nam się osiągnąć? Do czego chcemy dążyć? Jakie mamy cele, plany i marzenia? Z czego jesteśmy zadowolone/zadowoleni, a co przydałoby się zmienić? Efektem końcowym tego typu rozmyślań zazwyczaj są popularne „postanowienia noworoczne”, które nie tylko formułujemy, ale i nierzadko chętnie wcielamy w życie … niestety zazwyczaj jedynie w początku roku. Zaś w wytrwaniu w nich do „zamierzonego końca” mamy już kłopot. Dość często dzieje się tak nie tylko z uwagi na fakt braku naszej konsekwencji, ale w znacznej ich liczbie, z tego powodu, iż po prostu nie przewidujemy w swoich postanowieniach, rzeczonego terminu ich zakończenia, jak zatem bez tego wskazania dokonać oceny spełnienia/ osiągnięcia/ wykonania naszego noworocznego i nie tylko, postanowienia?
Słownikowo<<POSTANAWIAĆ>> to czasownik, którego znaczenie określane jest jako: decydowanie, planowanie czegoś, podejmowanie konkretnego planu, postanawianie; zdecydowanie się na coś (zadecydowanie o czymś).
W tym naszym <<postanawianiu>>, by zwiększyć swoje szanse realizacji, ważne jest kilka zasad, tj.:
- dokładnie wszystko rozplanuj, a że wszelkie, encyklopedyczne definicje charakteryzują <<POSTANOWIENIE>> jako działania w obszarze prawnym, to może warto te nasze noworoczne i nie tylko postanowienia wzmocnić, zapisując je każdorazowo na kartce… wszak słowo pisane zostaje…
- unikaj ogólników, skup się na pozytywach, jednocześnie staraj się być realistką/-tą w tym co postanawiasz, by już na starcie nie okazało się, że sam/a nie w pełni je akceptujesz, poza tym najlepiej koncentruj się na takich aspektach, które dają się w łatwy sposób „zmierzyć”… Ważne, by na początek przestać mówić o tym, co zamierzamy… używając zwrotów powinienem albo próbuję. Używając tych słów od razu podejmujemy podświadomą decyzję, kiedy to nastąpi – na pewno nie teraz. To poniekąd także wyjaśnia dlaczego większość z nas nie wypełnia postanowień noworocznych – zwykle opisują one, co będziemy robić, osiągać itp., w bliżej niedookreślonym …kiedyś…
- podziel realizację na etapy, zaczynaj od małych kroków i ciesz się każdym kolejnym osiągnięciem przybliżającym Cię do finału, zawsze pamiętając o wyznaczonym wcześniej terminie jego „zakończenia” czytaj sukcesu... 
Co ważne, to nie <<postanawiaj>> na raz zbyt dużo!!! Pomyśl ile z tegorocznych postanowień udało Ci się spełnić? Jedno zrealizowane w ciągu jednego roku to już sukces, każdy dodatkowy, może okazać się już wynikiem ponadprzeciętnym… No i im ich więcej, tym trudniej i ciężej będzie Ci je realizować, a i pokusa rezygnowania z każdego z nich, to w konsekwencji zupełnie zbędna każdemu frustracja. A to ważne, bo przecież to nasze słowa, myśli i wyobrażenia o otoczeniu stanowią fundament naszej rzeczywistości. Zatem dlaczego by nie podjąć trudu, co najmniej współtworzenia, jeżeli nie tworzenia naszej rzeczywistości. Takiej, w której chcielibyśmy żyć… Ktoś zaraz zapyta:  a niby jak kreuje się własną rzeczywistość??? Odpowiedź: zacznij działać!!!, bo ujmując to słowami G.J. Bishopa „Masz takie życie, jakie godzisz się znosić”. A jeśli nie jesteś gotowy zacząć działać, chcąc zmienić swoją sytuację, to innymi słowy, jesteś gotowy ją znosić – to czy ci się podoba czy nie, sam dokonujesz takiego wyboru. W tym spojrzeniu na naszą codzienność, z realnej perspektywy pomocne mogą być słowa Epikteta, bo „To nie sytuacja tworzy człowieka, ona go tylko ukazuje jemu samemu”, zatem to „Nie zdarzenia, ale ich interpretacja tworzą naszą rzeczywistość”, i choć zdaniem L. Nowara „Fakty zazwyczaj są proste. Świetnie nadają się do naginania” i według C. Daugherty’ego „Nie wszystko jest tym, na co wygląda, a ludzie nie zawsze są tymi, za których się podają”, to zawsze jednak to Ty, sam możesz zrobić coś, żeby wpłynąć na zaistniałą sytuację, nawet jeśli trwa ona od lat i wciąż nie masz pojęcia, jak z niej wyjść. Po prostu „Jeśli nie podoba Ci się droga, którą kroczysz, zacznij wytyczać nową”, bo „Jeżeli Ci naprawdę zależy, nie ma takich przeszkód, których nie przeskoczysz”. Niemniej zawsze najpierw musisz być na to gotowa/y. Wszystko zaczyna się od Ciebie i kończy na Tobie. Sam/a odpowiadasz za swoją gotowość do zmiany – nie ruszysz naprzód, dopóki sama/sam nie zdecydujesz się zrobić następnego kroku. Już słyszę to gremialne „ALE”… robiących z siebie ofiary, zapominając słowa Seneki, że „Chętnych los prowadzi, niechętnych wlecze”.
Słownik definiuje gotowość jako „stan należytego przygotowania do czegoś; zdecydowanie się na coś”.
Zatem na początek, jeszcze przed sformułowaniem naszego postanowienia, czy postanowień, zadawaj sobie  pytanie: Czy jesteś gotowa/y…??? Szczera deklaracja „jestem gotowa/y”, to Twój początek drogi do wytrwania w tymże postanowieniu. Do uzyskania tego stanu „gotowości” potrzebujemy naturalnie wrodzonego dzieciom, stanu „otwartości i motywacji”, napędzanych niezmąconą niczym ciekawością… 
Co zrobić, gdy na tę chwilę „gotowości” nam brak? Hmm, na początek „Nigdy nie przestawaj marzyć, nie ma nic złego w tym, że chcesz od życia coś więcej” i za ks. J. Kaczkowskim powtórzę „Nie bójcie się, życie jest nieprzewidywalne. Za chwilę może zdarzyć się coś, co całkowicie rozwiąże wasze problemy”. W takich przypadkach pomocne także mogą się okazać najprostsze sposoby, takie jak chociażby głośne wypowiedzenie słów „nie jestem gotowa/y”. Wypowiedzenie ich na głos może paradoksalnie spowodować przypływ siły i determinacji do wyrwania się z tego naszego kołowrotka codzienności, czego sobie i czytającym w ramach czasu Noworocznego życzę.
Zaś w zamian podsumowania, przed jakimkolwiek <postanawianiem> polecam każdorazowo zadawać sobie samemu pytanie, może i bez końca, rano i wieczorem, „czy jestem gotowa/y na…?”, pamiętając, że i owszem, nie można wrócić i zmieniać początku, ale zawsze można zacząć tam, gdzie jesteśmy, zmieniając zakończenie, bo „Każdy przecież początek, to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie” W. Szymborska.