piątek, 30 lipca 2021

Co dwie głowy, to nie jedna, ale czy zawsze?

 

 „Tłum bywa niebezpieczny, głupi jest zawsze

N. Bonaparte


Sezon wakacyjny ma to do siebie, iż stwarza nam w wydaniu „na żywo”, bez mała na co dzień, możliwości obserwacji różnorodnych, grupowych i nie tylko, zachowań ludzkich dziejących się wokół nas. Zaś fakt, kilkumiesięcznego, z racji kwarantannowego, ale i po części dobrowolnego odosobnienia, zdecydował w dużej mierze o tym, że pojawił się u mnie wręcz ich niedosyt. Zaspakajany jedynie na poziomie minimum, czymś na miarę substytutu, za jaki można uznać przegląd wszelkich możliwych zasobów internetowych. Co być może przyczyniło się do tego, że nastąpiło u mnie swoiste „wyostrzenie się wzroku” w tym obecnym nań patrzeniu… A może jest to po prostu wynikiem moich osobniczych uwarunkowań. Mam niemniej nadzieję, że choć po części, zdeterminowały je także dość obficie przyswojone przeze mnie zasoby literaturowe. Zaczytywane przeze mnie na przełomie kilkudziesięciu lat. W poszukiwaniu uzasadnień dla doświadczanych osobiście okoliczności, ale i sytuacji, obserwowanych w obrębie środowiska pielęgniarskiego. Natomiast bezpośrednim przyczynkiem do napisania tego postu, było zapoznanie się z kolejnym, w krótkim odstępie czasu tekstem, poruszającym tytułową kwestię. Był on, jak i poprzednie, odebrany przeze mnie, jako coś na miarę… apelu o… integrację społeczną środowiska pielęgniarskiego, wzajemną współpracę, współdziałanie, wykazanie się zbiorową inteligencją, czy też wręcz o… myślenie zbiorowe. I tak jak popieram w pełni i obiema rękoma, integrację i współpracę, czy też każdą formę współdziałania, na marginesie każdorazowo dodając „zdrowego”, czyli opartego na partnerstwie. Tak do wszelkich, kolektywnych działań podchodzę z "pewną taką nieśmiałością". Dzisiaj, mam już 100% pewności, że takowe są możliwe, ale jedynie przy zaistnieniu ściśle określonych okoliczności. Niemniej zawsze muszą być one oparte na przede wszystkim wzajemnym zaufaniu osób je tworzących. Zaufaniu, które sprzyja także i tworzeniu się późniejszych, między nimi wzajemnych, realnych i zachowywanych w dłuższym odstępie czasu (Antoszkiewicz, Robbins), a nie jedynie bliżej niedookreślonych, więzi i relacji międzyludzkich. Dlatego też przy wszystkim, tym co warunkowane jest rzeczoną „pracą grupową”, czy też „zespołową”, w odniesieniu do opisywanej grupy zawodowej, zalecałabym co najmniej, daleko idącą ostrożność. Postaram się swoje stanowisko uzasadnić, przywołując słowa kilku autorów.

Skoro podstawą wszelkiej współpracy, a zatem i każdego działania podejmowanego wespół z kimś…, jest ZAUFANIE, to czym zatem ono jest? Za Nowakowskim podam, iż „Przez zaufanie rozumie mechanizm oparty na założeniu, że innych członków danej społeczności cechuje uczciwe, kooperatywne zachowanie oparte na wspólnie wyznawanych normach”. „Powoduje ono przewidywanie lub oczekiwanie związane z zachowaniami innych osób. Zaufanie osoby A do osoby B oznacza, że osoba B działa w dobrej wierze i zawierając umowę, ma co najmniej taką samą gotowość do jej zrealizowania jak osoba A”. Natomiast Robbins opisując skuteczny zespół, wskazuje wręcz na potrzebę „wysokiego stopnia wzajemnego zaufania”. Uznając, iż jest to „wiara każdego z członków w prawość charakteru i zdolność pozostałych”. Charakteryzując go pięcioma wymiarami. Przy czym podkreśla, że PRAWOŚĆ i KOMPETENCJE, by móc mówić o jakiejkolwiek współpracy, czy integracji w zespole, muszą w świadomości wszystkich bezwzględnie zaistnieć. Pozostałe: lojalność, otwartość, konsekwencja, zdają się mieć wpływ jedynie względny. Najlepsze efekty dając jedynie przy zachowaniu w ich zakresie, czegoś na miarę złotego środka. Ponieważ np. ślepa lojalność np. względem istniejących nieprawidłowości, czy tez zbytnia otwartość, choćby ta nosząca znamiona niestosowności lub ośli wręcz upór, połączony z brakiem rzeczywistej racji, opisujące daną osobę, w kontekście jej funkcjonowania w obszarze zawodowym, raczej ogółowi tego środowiska, korzyści nie przyniesie. Sztompka zwraca ponadto uwagę, na fakt, iż poza wymiarem kulturowym dla odczuwanego poziomu zaufania, istotne są m. in.: „poziom trwałość systemu obowiązujących reguł, przejrzystość organizacji, stabilność porządku społecznego, podporządkowanie władzy regułom prawa, odpowiedzialność osób i instytucji”, co w kontekście opisywanej grupy zawodowej, szczególnie obecnie, nie pozostaje bez znaczenia. Tak jak i to, że niejako w analogii do zapałki… zaufanie tracimy tylko raz…

Encyklopedia Zarządzania, współpracę i zespołowość definiuje, jako osobliwą formę działania, charakteryzującą się „…nie tylko współzależnością w osiąganiu celów i poczuciu współodpowiedzialności, ale także zaufaniem i skuteczną komunikacją między członkami… O chęci do współpracy decydują m.in.: wyrozumiałość, empatia, gotowość do niesienia pomocy, tolerancja, czy cierpliwość”. Mając wszystkie powyższe na uwadze, widzę i to pomimo własnej wady wzroku, bardzo wyraźnie, możliwości niesione poprzez kolektywne podejmowanie działań. W pełni rozumiem też zjawiska opisywane w literaturze, jako korzyści, czy też pozytywy warunkowane funkcjonowaniem zespołowym. Do których zalicza się m. in.: efekt synergii, występowanie rozsądnej krytyki, wspieranie twórczego entuzjazmu, wyższa siła psychiczna, czy też pełnienie przez zespół roli bodźca społecznego działania. Być może właśnie sama ich świadomość, potęguje u mnie poczucie rozczarowania, towarzyszące mi za każdym razem, przy ich braku. Traktuję je każdorazowo w kategorii także i osobistej porażki. Mając pełną świadomość, iż chyba jedyną receptą na porażki w tym obszarze, była jest i pozostanie komunikacja, to wiem już także, że by móc im skutecznie zaradzać, trzeba jeszcze mieć się z kim komunikować… Niemniej jestem już chyba na takim etapie życia, że dość łatwo przychodzi mi rezygnacja z dalszych prób i jakichkolwiek działań, w okolicznościach, w których zespołowymi, są już na samym starcie, jedynie z nazwy. W rzeczywistości zaś najczęściej okazujących się być czymś na miarę „dźwigania zbędnego balastu”. Na pocieszenie pozostaje mi wówczas jedynie fakt, iż w literaturze przedmiotu, autorzy odnoszą swoje opisy do nie tyle działań grupowych, jako takich, a tylko i wyłącznie… zespołowych.  Odnosząc je do zespołu, nie tylko z nazwy nim będącego. Warto także omawiając te zagadnienia, każdorazowo nadmieniać, iż nie powinno się, niekiedy zupełnie bezkrytycznie, stosować zamiennie pojęcia: grupa i zespół, bo to nie jest to samo. Jak zauważa Potocki „Zespół jest formą rozwojową grupy… <definiując pojęcie zespół> wskazują na czynniki świadczące o jego dojrzałej formie”. Grupa to, za Adairem „… zbiór ludzi, który posiada większość, jeśli nie wszystkie z poniższych cech charakterystycznych: dające się zdefiniować członkostwo…, świadomość grupy…, poczucie wspólnego celu…, wzajemna współzależność…, współdziałanie…, zdolność działania w jednolity sposób). Słowo grupa (z j. niem.) oznacza grono, grupkę ludzi, pęk lub węzeł... „…sugerują zatem pewną liczbę osób lub rzeczy, wziętych razem i nic ponadto”. By móc liczyć na ww. wszelkie pozytywy płynące z podejmowania kolektywnych działań, a przede wszystkim na sygnalizowany w ww. apelach „efekt synergii”, poza ww. już elementami zaistnienia danej zbiorowości, konieczne stają się i pewne „dodatki”. Charakteryzujące już nie tyle grupy, co efektywnie funkcjonujące zespoły. Antoszkiewicz uznaje, iż zespół jest specyficzną grupą ludzi, która m.in. przejawia chęć do podejmowania wspólnych działań, czy też posiada poczucie doń przynależności. Robbins natomiast poza już ww. dodaje jeszcze m. in.: zaangażowanie się wszystkich we wspólne dążenia – zgodnie z wizją i celami, uprzednio wspólnie ustalonymi oraz podkreśla rolę i znaczenie przywództwa. Wszak nie od dzisiaj wiadomo, jak ponoć mawiał Bonaparte, że „Armia baranów, której przewodzi lew, jest silniejsza od armii lwów prowadzonej przez barana”. Mój sceptycyzm w promowaniu „zbiorowego myślenia” bierze się jednak przede wszystkim stąd, że obserwując środowisko zawodowe, od ponad dwudziestu pięciu lat, mogłam zdecydowanie częściej dostrzec, a niekiedy i osobiście doświadczyć, negatywnych przejawów związanych z pracą kolektywną/zespołową. Opisywane w literaturze przedmiotu, m. in.. jako: 

Myślenie grupowe, pojawiające się zazwyczaj wówczas, gdy „pragnienie zgody przeważa nad zdrowym rozsądkiem”. Wybierając wariant nie najlepszy, ale taki który najlepiej godzi różne poglądy (ach ten kompromis). „Stworzone zostało po to, by usprawiedliwiać porażki i dawać przyzwolenie na popełnianie błędów” (Wekselberg). Powodowane jest m.in. iluzją jednomyślności, wymuszaniem konformizmu, autocenzurą, czy też szantażem lojalności itp.

Ogłupienie grupowe, nieco ostrzejsza postać myślenia grupowego. Występuje wówczas, gdy zespół sztywno trzyma się jednego pomysłu lub kierunku działania. Może być wynikiem obecności w zespole osoby wybitnej, będącej specjalistą w określonej dziedzinie i o ustalonym autorytecie. Wówczas jej propozycje są przyjmowane bezkrytycznie, szczególnie niebezpieczne dla zespołów w których występuje jednorodność pod względem wieku i stylów myślenia. Ludzie w grupie są skłonni bardziej wierzyć komuś, kto wykazuje większą pewność siebie. Nie zawsze taką, która oznacza, „…że w spotkaniu z ludźmi jesteś sobą, bo wiesz, że z nikim nie musisz się porównywać”.

Polaryzacja grupowa, to szczególny przypadek myślenia grupowego. Polegający na wyostrzeniu, bądź złagodzeniu w kontekście ryzyka indywidualnych decyzji względem decyzji odejmowanych zespołowo. Przejawia się to tym, że osoby ostrożne będą jeszcze bardziej ostrożne, osoby lubiące ryzyko będą jeszcze bardziej ryzykowały.

Lenistwo społeczne (za Stalewskim inaczej nazywane próżniactwem społecznym, stratą motywacyjną, inhibitacją społeczną, czy też podróżowaniem na gapę). Jest to skłonność do wydatkowania mniejszej ilości energii w pracy zbiorowej, aniżeli indywidualnej. Co jest wynikiem ograniczonego zaufania względem innych. Zakładamy wówczas, że nie wszyscy jednakowo przykładają się do pracy, także sami zaczynamy przykładać się mniej. Może być wynikiem założenia o braku ewentualnej indywidualnej odpowiedzialności.

Konformizm grupowy, pojawiający się w sytuacji, gdy członkowie zespołu pragnąc ciągłej akceptacji z jego strony, są skłonni podporządkować się obowiązującym normom. Stąd niekiedy podporządkowanie się, to jedynie ucieczka przed izolacją, czy wręcz wykluczeniem. Poza tym, jeżeli człowiek ma niską samoocenę, szybciej i łatwiej podporządkowuje się grupie. Poza tym mylący pokorę z serwilizmem są wśród nas. No i sama skłonność do konformizmu jest tym większa, im niższa pozycja w hierarchii. Niekiedy, w sytuacjach skrajnych, samo wywieranie nacisku na podporządkowanie się normom zespołowym, staje się normą.

Mając na uwadze wszystkie powyższe, przy formułowaniu wszelkich planów działań niesamodzielnych, każdorazowo dokonujmy zawsze obiektywnej (na ile to tylko będzie możliwe) oceny posiadanego, ale tylko tego rzeczywistego potencjału. A następnie zestawmy go z tym, co byłoby nam niezbędne dla wywołania oczekiwanego efektu pozytywnego (choćby tej „mrówkowej” synergii). A co najważniejsze dokonujmy każdorazowo także, a może przede wszystkim i oceny ryzyka wystąpienia efektu negatywnego. Ponieważ nawet to najmniejsze ryzyko w tym przypadku jest szalenie niebezpieczne. Może nam finalnie wyjść nieco inaczej, jak w tytule i będzie „co dwie głowy tonie jedna”. By nikt nie tonął, może zawczasu darujmy sobie integrowanie z cwanymi, leniami, czy też strusiami z głową poza piaskiem, jedynie incydentalnie, i to tylko w komentarzach na fb, czy innych takich. I chyba najważniejsze, to nie traćmy czasu i energii na wszelkiego typu „gołębice”, parafrazując mojego ulubionego bohatera dawnego „szpitalnego” serialu, dr Strosmajera. Wszak „Dwa półgłówki nie tworzą całej głowy” (Kotarbiński), a do tego są niebezpieczni jak pisał Goethe „Głupi i mądrzy ludzie są nieszkodliwi, tylko półgłówki są niebezpieczne”. Proponuję Kartezjańskie „myślę więc jestem” w ramach kształtowania samodzielności, ale i dopuszczenia różnorodności, mimo wszystko pozostawić bez zmian… by uniknąć ewentualnego, zbyt dużego wpływu większości. Ponieważ zdając sobie sprawę z tego, że „Większość jest głupia. Im większa większość, tym głupsza” (Mrożek), a „Wszelkie stadne skupiska, to azyl dla beztalenci” (Pasternak). W konkluzji napiszę jedynie, to czego jestem już pewna, i wiem fakt: siłą każdej wspólnoty, grupy czy zespołu są: wiedza, umiejętności i zdolności osób je stanowiących. Niemniej tylko i wyłącznie wtedy, gdy stanowią one w tym wspólnym „worku” komplet. 

czwartek, 10 czerwca 2021

Bawełniany jubileusz… poszukiwań… FLOW

"Zwięzłość słowa rodzi szerokość myśli"

J. Paul

Zatem dzisiaj postaram się ... zwięźle...

Nie wiedzieć kiedy… przy systematyczności wpisów minęły już dwa lata na opisywaniu osobistych i około „poszukiwań” FLOW…  Choć w moim przypadku tak nie do końca owe poszukiwania są poszukiwaniami. Ponieważ szukać można czegoś, czego nie posiadaliśmy lub też z jakichś powodów straciliśmy… A moje tytułowe FLOW „zagubia mi się” jakby okresowo i co najbardziej mnie frustruje, ale i tak po ludzku doprowadza niekiedy do...  „uzewnętrzniania” towarzyszących mi przy tym emocji, to fakt, iż jest to wynikiem często i zamierzonych "psikusów" innych ludzi. Polegających na jego „chowaniu”, czy też „podkradaniu” go przez różnej maści, drobnych cwaniaczków, złodziejaszków, z grupy manipulatorów, populistów itp., którym niestety nie rzadko, sploty okoliczności włożyły w ręce coś na miarę uchwytu do trzymania sznureczków z balonikami FLOW innych ludzi. Niczym sprzedawcom na odpuście… I ci przypadkowi, jarmarczni handlarze, niekiedy próbując tylko nieudolnie je utrzymywać, zaczynają także nimi i sterować. A że wbrew opiniom (osób preferujących dość pokraczną, bo jedynie płaszczącą formułę), wiem czym jest pokora (Wiadomości w czepku, nr 4/2017, s.12). Dlatego też, samokrytycznie przewidując różnorodności otaczającego mnie świata, staram się (na ile to tylko możliwe) samodzielnie kontrolować nie tylko długość, czy stan napięcia sznureczka, ale i balonik z własnym FLOW… pilnuję go i na bieżąco reaguję, przeciwdziałając zerwaniu, czy utracie… poprzez np. pisanie postów na bloga. Tak było na starcie i tak też jest i dzisiaj, słuchając obrad senatu, podczas których sznurek z balonikiem mocno mi się napina... kolejny już raz w ostatnich miesiącach… A że emocje, jakie by nie były są oznaką tego, że „jeszcze mi zależy”, to puki co utrzymuję sznureczek z balonikiem... choć już nie zawsze dobrze go widzę (ale w końcu wadę wzroku uprawniającą do... mam). Niemniej zdarza mi się w ostatnich miesiącach nieco częściej, jak dotychczas, tracić pewność istnienia FLOW na obranej drodze. Bo jak nam "zależy", to i nawet „obserwacje z kanapy” tego co się dzieje wokół, czy też samo czytanie choćby fb komentarzy, może być szalenie niebezpieczne… bo „porywy sznurka” powodowane ww. i np. hasłami typu „palić czepki”, „florki muszą odejść”, „panie z uczelni, oderwane od rzeczywistości”, są dla mojego sznureczka z balonikiem... niczym wiatr halny. Jednym słowem trudno w takich okolicznościach je utrzymywać. Ale skoro jeszcze cały czas są we mnie emocje, to jest i nadzieja (choć i z jej siłą bywa także różnie). Oby tylko w tych wszelakich zawieruchach, jak najdłużej móc nie stracić, nie tylko z pola widzenia, ale i tak zupełnie tytułowego FLOW, czego sobie i czytającym te słowa życzę. 

p.s. dwa lata minęły mam zatem blogowy, bawełniany jubileusz, czyli niby zdrowo i wygodnie, tylko dlaczego wciąż dręczy mnie… to wciąż czające się z tyłu głowy ... ALE ...

A niech dręczy...może nie zadręczy... I tak do… teraz 15 czerwca, a dalej i kolejnego wpisu...

czwartek, 20 maja 2021

Mówić nie mówić, o to jest pytanie…

Jako, że jestem nieformalną, ale jednoznacznie zdeklarowaną fanką Florencji wiadomej, to już chyba zawsze maj kojarzył mi się będzie urodzinowo, a tym samym, poniekąd i świątecznie. Tyle tylko, że z racji póki co jeszcze, pandemicznych okoliczności, tym razem samorządowych fet nie było. Poza właściwie jedną jedyną, objawioną światu… tej z przedstawicielami najwyższego szczebla decydenckiego... Niejako w zamian za, odbył się … protest… czyli …święto, święto … i po święcie. Tylko problemy jakby cały czas te same. Oba te zdarzenia, obok wniosków płynących z ponad dwudziestopięcioletnich, własnych obserwacji i doświadczeń zawodowych, stanowią przyczynek do przygotowania dzisiejszego wpisu. Z tożsamym z tytułem, od nie pamiętam już kiedy, zadawanym sobie pytaniem „mówić, czy nie mówić”, bo wbrew temu co sądzą niektórzy (najczęściej nierozumiejący moich słów)… mówienie u mnie przebiega, co najmniej równoczasowo z myśleniem. Zaś w zdecydowanej większości przypadków zabierania przeze mnie głosu, także i w formie pisanej, poprzedzane jest ono zawsze, niekiedy nawet i dość długim, procesem myślowym. A że tym razem temat jest dla mnie o tyle trudny, że mam świadomość faktu, iż moje własne preferencje w tym obszarze są obecnie, delikatnie, to ujmując, w zdecydowanej mniejszości, niekiedy traktowane są nawet wręcz, jako przejaw głupoty, to ja mimo wszystko chcąc wierzyć, być może bardzo naiwnie, uznaję, że jak pisze O. Wizard „Szczerość jest cechą wspaniałą […] Jest cechą ludzi odważnych, często potrafi zmienić bardzo wiele”. Dlatego też moja osobista odpowiedź na tytułowe pytanie była, jest i chyba będzie już zawsze (niestety, albo i stety)… MÓWIĆ… MÓWIĆ… i jeszcze raz MÓWIĆ… nie paplać, (czyli mówić przy wyłączonym zupełnie ww. procesie myślowym), czy też przyjmować postać „obiecywacza” i mówić tylko … jak o przysłowiowych gruszkach na wierzbie… wszak najpóźniej „po mówieniu”, powinien następować czyn o którym to mówiono!!! Czy też, co dzisiaj zdaje się być już zjawiskiem dość powszechnym, z premedytacją manipulować odbiorcą, mówiąc jedynie to co wygodne dla mnie, tu i teraz, czy też mówić jedynie to co osobiście będzie mi się opłacało. To postawa z serii „Ja osobiście uważam to samo co wszyscy”. Nazywam to mówieniem wysoce koniunkturalnym … i mam osobiście nań alergię… Jednocześnie zdaję sobie w pełni sprawę z położenia w jakim się stawiam w każdym, indywidualnym konfrontowaniu tak płytkich, manipulacyjnych postaw pseudo mówców. Przy tak osobistym stosunku do tematu, trudno byłoby mi racjonalnie uzasadniać stanowiska „za” czy też „przeciw” tytułowemu mówieniu. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, że jego „waga” zależna jest od bardzo wielu czynników. Niemniej niezależnie od nich, każdorazowo podstawą do podjęcia decyzji o „mówieniu” jest tylko i wyłącznie PRAWDA. 

By ułatwić czytającemu, sformułowanie własnej odpowiedzi na tytułowe pytanie, na tyle na ile to możliwe obiektywizując przy tym swój osąd, a jednocześnie by nie zniechęcić go samą długością wpisu, przywołam jeszcze kilka ważkich, moich zdaniem, fragmentów, odnoszących się do…

  • Słowa prawdziwe nie są piękne, piękne słowa nie są prawdziwe” Laozi

  • Azylem dla prawdy niebezpiecznej jest milczenie” P. Beaumarchais

  • Nasze życie zaczyna się i kończy w dniu, w którym zaczynamy przemilczać ważne tematy” M. L. King

  • Gdy masz coś ważnego do powiedzenia to pamiętaj, cisza też może stać się kłamstwem” J. Peterson 

  • Jest taki rodzaj samotności, wynikający z poczucia niezrozumienia, gdy się wie rzeczy, o których inni nie wiedzą, i nie bardzo jest to komu przekazać, bo w gruncie rzeczy nie bardzo to innych interesuje” R. Kapuściński

  • Kto nie rozumie Twojego milczenia, nie pojmie Twoich słów” J. R. R. Tolkien

  • Milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych” A. Dumas

  • Człowiek nigdy nie pozbędzie się tego, o czym milczy” K. Ćapek

  • Milczenie to tekst, który niezwykle łatwo jest błędnie zinterpretować” J. Tuwim

  • To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia” J. Carroll

  • Często najmądrzejszą odpowiedzią jest milczenie” L. Tołstoj

  • Można milczeć i milczeniem kogoś zranić” ks. J. Twardowski

  • Kiedy nie ma żadnej nadziei, rozpacz przybiera postać straszliwego spokoju” M. Dąbrowska

  • By zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił” E. Burke

  • Ten co biernie akceptuje zło, jest za nie tak samo odpowiedzialny jak ten, co je popełnia” M. L. King

  • My to krzyk niemy my toniemy” K. Wołyniec

  • Jeśli nie nauczysz się mówić <nie> innym ludziom, nigdy nie będziesz mógł powiedzieć <tak> sobie” J. Fredricson

  • Jeżeli nie można zdecydowanie powiedzieć tak, należy zdecydowanie powiedzieć nie” G. McKeown

  • Nigdy nie dyskutuj z idiotą. Najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem” M. Twain

  • Możesz się wściekać, ile możesz, ile chcesz, ale nic nie poradzisz na to, na co nic nie poradzisz” H. Murakami

  • Problem polityków [nie tylko] polega na tym, że za dużo mówią, w związku z czym za mało słuchają innych, a już zupełnie nie starcza im czasu na myślenie” H. Riesenhuber

  • Bunt jest językiem niewysłuchanych” M. L. King 

  • Najtrudniej zbić argumenty kogoś mówiącego nie na temat” S. Kisielewski

  • Nie wystarczy mówić do rzeczy, trzeba mówić do ludzi” S. J. Lec

W zamian podsumowania przywołam na koniec słowa A. Einsteina „Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. […] Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć”. Pytanie, to też mówienie. Dzisiaj to jednak znaczne ryzyko, bo jak wyszukałam w autorsko niezidentyfikowanych zasobach Internetu, „Skoro kto pyta nie błądzi, to dlaczego mowa jest srebrem, a milczenie złotem?” może dlatego, że „Mowa srebrem, milczenie złotem, a gadanie z sensem diamentem”, więc… mów, mów, mów, ale… tylko z sensem i pamiętaj „Człowiek może Ci powiedzieć miliony pięknych słów, ale kiedy patrzysz na jego zachowanie, dostajesz wszystkie odpowiedzi”, zachowuj zatem zawsze spójność między nimi, i ku przestrodze „Na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów, ale milczenie naszych przyjaciół” M.L. King


p.s. „Jestem odpowiedzialna za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś” i mam pełną świadomość, iż „Trudno jest, pracując jeno na dziełach cudzych, dokonać rzeczy bardzo doskonałych” Kartezjusz

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

30 lat minęło… czy „reszta jest milczeniem”…

 


"To poprzez czyn człowiek tu, na ziemi, rozwija swoje człowieczeństwo

 JP II

„Nie możemy rozwiązać problemu, pozostając na takim samym poziomie świadomości, na jakim byliśmy, kiedy ten problem się pojawił”.

 A. Einstein


Los bywa przekorny stąd, pomimo, że myślami w temacie dzisiejszego wpisu jestem od… co najmniej kilku tygodni, czyli od chwili ponownego przeczytania książki Pani Urszuli Krzyżanowskiej-Łagowskiej, zatytułowanej „Idea samorządności”, to dopiero dzisiaj fizyczność pozwoliła mi na napisanie tych paru zdań. A że lektura to bardzo pouczająca, to i odwołań do słów jej Autorki będzie dzisiaj sporo. 

Zatem z tygodniowym opóźnieniem, ale za to w jednoznacznym nawiązaniu do daty 19 kwietnia sprzed 30 lat, będzie dzisiaj słów kilka o … SAMORZĄDZIE ZAWODOWYM… Niektórzy pewnie stwierdzą, że znowu*…, ale dzisiaj to będzie raczej …mimo wszystko…, bo jakby na to nie patrzeć, to od kilku już miesięcy jestem formalnie poza tematem… 

Czas płynie… nie wiedzieć kiedy minęło 30 lat od formalnego powołania Samorządu Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Mimo, że osobiście moja „obligatoryjna” do niego przynależność rozpoczęła się cztery lata później (nomen omen opisane dość szczegółowo  w tejże pozycji książkowej), to wspomniany już przeze mnie dzisiaj los, splótł dość pokrętnie moje z nim ścieżki, od samego początku. Przynajmniej we wzajemnym datowaniu istotnych dla nas obu zdarzeń. Gdy w 1991 roku następował „poród” bytu zwanego „samorząd zawodowy”, moje dziecięco młodzieńcze plany zostały zweryfikowane i …nie dostałam się na wymarzone studia. Odczuwane przeze mnie wówczas powołanie, było jeszcze na tyle silne, że skorzystałam z zasady „do trzech razy sztuka” … i nie wiedzieć kiedy, w zamian odczuwanego powołania do nieco innych ról… zostałam pielęgniarką… A że osobowościowo było mi, bardzo po drodze z ustawowo przypisywaną pielęgniarkom „samodzielnością i autonomią”, to w połączeniu z wyniesioną z domu, rzetelnością i starannością wykonywania wszelkich działań, poskutkowało zadawalającymi i dla mnie osobiście, efektami… tyle tylko, że różnie niestety ocenianymi, już przez innych, w dającej się już wówczas dostrzegać zależności, od przede wszystkim … punktów siedzenia oceniających... Dla poniższego opisu są one o tyle ważne, że niezależnie od wspomnianych różnic w postrzeganiu, coraz silniej splatały mnie z samorządem, rozumianym przeze mnie, jako „my”. Nie mogło być chyba inaczej, skoro na mojej drodze, niemal na starcie, jako nauczyciele pojawiły się takie osoby jak: Pani Grażyna Rogala-Pawelczyk (Przewodnicząca Naczelnego Sądu Pielęgniarek i Położnych I Kadencji, późniejsza także i Prezes tegoż samorządu, a obecnie w VII jego kadencji Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej), czy Pani Teresa Włochal (Wiceprzewodnicząca Komitetu Organizacyjnego Samorządu Pielęgniarek i Położnych, Przewodnicząca Prezydium I Krajowego Zjazdu, później także i wice Prezes), a koleżanką ze studiów była Małgorzata Zys – obecnie Zapłacka (stanęła na czele Ogólnopolskiego Komitetu Organizacyjnego Izb Pielęgniarek i Położnych, jako Pełnomocnik Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej). Bezcenną dla mnie nauką, była także możliwość samodzielnego wnioskowania w oparciu o osobiste spostrzeżenia i obserwacje mające miejsce w czasie kolejnych splotów okoliczności samorządowego, mojego istnienia, z wspomnianymi powyżej Paniami. Za morał może posłużyć pierwsze z obiecanych odwołań do słów Pani U. Krzyżanowskiej-Łagowskiej:

Jakimi dziwnymi drogami rządzi się życie, a sprawiedliwość, rozumiana w naszym, ludzkim znaczeniu, wcale nie jest najważniejsza i nie decyduje – dumałam. A jednak sprawiedliwość istnieje w planie życia… mamy tu do czynienia ze <<sprawiedliwością odroczoną w czasie>>. Bywa, że ten czas bywa dłuższy niż nasze życie, przez co możemy tej sprawiedliwości nie doświadczyć. Ja jednak w nią wierzę…”. Ja także, być może z naiwnością dziecka, ale niejednokrotnie już i na własnej skórze przekonywałam się, że dobra intencja, nie może być karana. Co próbuje mi niekiedy wmawiać jedna z moich koleżanek, z grupy tych znacząco doświadczonych przez tzw. „samorządność zawodową”, ale tę wręcz pokracznie rozumianą. Dlatego też, zwłaszcza w tych obecnych okolicznościach, tego mojego „mimo wszystko”, chcę wierzyć, że po prostu  „Czasami nie otrzymujemy w  życiu tego, co słusznie nam się należy. I wtedy dziwimy się, dlaczego. Ale jeśli trochę poczekamy, to się okaże, że otrzymamy więcej…” tyle tylko, że z cierpliwością u mnie jest jeszcze nie najlepiej, ale cały czas się uczę (prawie jak Prezydent…, a prawie robi wielką różnicę…). „Moje doświadczenie życiowe mówi mi, że jeśli dobro, potrzeba, pomysł i właściwy czas spotykają się i jest wykonawca – to nie ma mocnych, żeby przeszkodzić w realizacji” i póki co ja też tak mam. Hm, to chyba nazywa się optymizm? Niestety zbieżności własnych 26 letnich wrażeń i odczuć z opisanymi w książce przez jej Autorkę, dostrzegam także i w tych mniej optymistycznych. Nie są mi obce opisy typu: „Poczułam się zaszczuta, nie rozumiałam o co chodzi”…  „Co najbardziej zaskakujące, nawet niektórzy członkowie naczelnej Rady głosowali za nieudzieleniem jej absolutorium” – paradoks? Nie, to po prostu przejaw słów Seneki, że  „…tylko dla niewielu własny rozum jest najlepszym przewodnikiem”. Niestety tego typu paradoksy niejednokrotnie mogłam obserwować podczas różnych głosowań, w których uczestniczyłam, bądź z racji pełnionej funkcji jedynie je obserwowałam. W czasie których, osoby „pytające” często postrzegano, jako jedynie intruzów spowalniających przebieg obrad (bez tak naprawdę żadnych obrad, czy dyskusji).

I tak… w okolicach swojego 25 – lecia w bycie zwanym „samorząd zawodowy”, w pełni zrozumiałam o czym pisała P. Krzyżanowska-Łagowska w słowach „Misja została zakończona. Wracam do domu wprawdzie z opuszczoną głową, ale nie z pustymi rękami. Trzymam w nich skarb. Jest to skarb mądrości, która mówi: nie przywiązuj się za bardzo ani do ludzi, ani do przedmiotów, ani do tego, co materialne, ani nawet do pomysłów, koncepcji i dokonań… My możemy tylko starać się wykonać pracę najlepiej jak możemy, nie mamy jednak wpływu na jej rezultaty. Rezultat jest bowiem wynikiem złożonej rzeczywistości: naszej pracy, pracy innych ludzi, uwarunkowań polityczno – społecznych, materiału i wielu innych czynników, nawet takich jak pogoda. Niby to wszystko jest oczywiste, a jednak ciągle wpadamy w pułapkę przywiązania do swoich projektów i oczekiwań, co pociąga za sobą cierpienie spowodowane tym, że coś tracimy lub ktoś ocenia nas niesprawiedliwie. Wszystkie te uczucia nie ominęły również mnie, a okres powrotu do równowagi psychicznej trwał bardzo długo”. Więc i u mnie trwa… A w ramach powrotu do niej, piszę te słowa… Idąc za przykładem metafor, zawartych w przywoływanej przeze mnie „Idei samorządności”, Krajowe Zjazdy ujęto w nich jako momenty przełomu. I – metaforyczny poród, II – ocena wówczas 4 – latka, nota bene wówczas bardzo surowa… czas płynie szybko, wciąż czekając na kolejny VIII już zjazd, samorządowe dziecko nam dorosło i mamy 30 – latka… Chciałoby się dopisać dorosły, ale czy rzeczywiście… Skoro nadal zdają się być aktualne pytania zadane przez I jego Prezes: „Idea samorządności się ziściła. Ale czy wszyscy rozumiemy to, co w długim procesie przemian w naszym kraju i pielęgniarstwie uzyskaliśmy?” „…czy zostały pokonane podziały wewnętrzne w tym tak zróżnicowanym pod wieloma względami środowisku? Bo jeśli nie, to zdobyta waleczność obróci się przeciwko sobie samej”. „Widziałam jeszcze jeden problem: konieczność rewizji naszego wewnętrznego prawa… Skład Naczelnej Rady… liczba członków pochodzących z wyboru (30) nie równoważyła liczby przewodniczących rad okręgowych (45). Jakie zatem są siły reprezentowane w Naczelnej Radzie i czyje interesy w tym układzie są najważniejsze? Kto naprawdę sprawuje władzę w samorządzie i czy to jest dobre dla ogółu spraw i interesów samorządu?”.  Odpowiedź na nie wymusza kolejne, także i mnie od lat frapujące pytanie „jaki jest wzajemny stosunek liczby tzw. dużych i małych izb okręgowych? Gdy uświadomimy sobie te relacje, będziemy mieli odpowiedź, gdzie leży siła, a gdzie słabość samorządu”. Ponadto dzisiaj zbyt często chyba zdarza się niektórym jego członkom zapominać o tym, że „Samorządność zawodowa… nie jest związkiem zawodowym, ani partią polityczną, jest organizacją reprezentującą zawodowe, społeczne i gospodarcze interesy pielęgniarek i położnych…”. A główne jego obszary działalności to „Po pierwsze – rozwój zawodu i modeli pielęgnowania. Po drugie – warunki pracy i płacy… Po trzecie – rozwój idei samorządności i wypracowania właściwych relacji ze społeczeństwem”. 

Może to już czas, by zamienić w czyn słowa wypowiedziane przez Panią Krystynę Sienkiewicz na II Krajowym Zjeździe Samorządu Zawodowego Pielęgniarek i Położnych „Uważam, że nastąpił czas, żeby w następnej kadencji wkroczyć śmiało w świat decyzji (…), ale należy wejść w rolę podmiotu, który kreuje rzeczywistość i daje możliwość działania. Czas odzyskać samorząd (…) bo czas stawia inne oczekiwania, bo innym zadaniom trzeba sprostać (…). Odchodzącym koleżankom należy się szacunek, podziękowanie, hołd, pamięć, która zostanie zapisana w dokumentach i w naszych wspomnieniach”. Może to właśnie ten czas, czas by 30 – latek stał się dorosły? A dorosłość, to według M. Ohme między innymi: dokonywanie świadomych wyborów, odpowiedzialność, rozumienie własnych słabości, umiejętność współpracy, ale i bycia samemu, własna akceptacja, ale i wzajemne zainteresowanie, możliwość patrzenia sobie i innym w oczy. Dorastamy, gdy przestajemy milczeć, gdy „już nie chcemy lub nie możemy udawać, że trudne rzeczy nie istnieją tak, długo – jak długo udaje się przed nimi schować (…) Dorastamy wtedy, kiedy wreszcie wiemy, że nie ma to nic wspólnego z wiekiem”. 

Mottem dla obecnej, jubileuszowej, ale i pandemicznie i nie tylko …wydłużonej kadencji organów samorządu zawodowego niech będą słowa Seneki „Posiadanie władzy to przypadek, cnotą jest – przekazanie władzy”. Zatem w oczekiwaniu na …nie zapominajmy, że „W każdej zatem formie samorządności sprawą kluczową jest: kto deleguje władze, komu deleguje i na jakich warunkach deleguje” zaś „… sama moc – bez wiedzy o dobru i złu i bez zdolności do odróżniania jednego od drugiego i sprawności moralnych do stosowania tej wiedzy w życiu – nie czyni z nich ludzi szczęśliwych”. Szczęśliwości życzę…

-----

* Dla lubiących czytać, polecam także „Samorząd to My, czyli Ja i Ty tekst opublikowany w biuletynie SIPiP „Wiadomości w czepku” nr 1/2019, s. 12; „Współczesne postrzeganie idei samorządności w pielęgniarskiej grupie zawodowej” tekst opublikowany w czasopiśmie „Przedsiębiorczość i Zarządzanie” 2013, tom 14, z. 10, cz. 1, s. 361-373,  oraz blogowe wpisy z dn. 30.11. 2019; 26.09.2019; 10.06.19 – przyczynek do pisania…

środa, 24 marca 2021

Indywidualizm, a indywidualiści… czyli coś na miarę „jestem za, a nawet przeciw…”


"Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich"

A.Sapkowski


Dzisiaj, tak jak i zazwyczaj w przypadku moich blogowych wpisów, wybór tematyki, ma swoje odniesienie do tego co dzieje się wokół… tym razem jest próbą zobrazowania współcześnie często dostrzeganego … rozchodzenia się składanych deklaracji, także tych mniej lub bardziej sformalizowanych, z późniejszymi, podejmowanymi w praktyce działaniami, w różnych sferach naszego życia … Ten opis dotyczyć będzie tematu indywidualizmu, który niby deklaratywnie jest „oczekiwany”, a jak przychodzi co do czego, to jego przedstawicieli w osobniczej i konkretnej postaci danego indywidualisty, nader często okazuje się już być „oczekiwany” w stopniu zdecydowanie mniejszych, o ile w ogóle…

Tradycyjnie na początek przywołam niezbędne dla poniższego opisu definicje: 

INDYWIDUALIZM za encyklopedią PWN „[z łac. Indywiduum ‘coś niepodzielnego’, ‘jednostka’], ogólne poczucie niezależności i odrębności osobistej; postępowanie odbiegające od ogólnie przyjętych wzorców, rozpowszechnianych sądów, niekiedy nieliczące się z normami społecznymi". Za Wikipedią „Indywidualizm – zasada filozofii politycznej i etyki, zgodnie z którą jednostka ludzka uznawana jest za najwyższe dobro”. Według Słownika Języka Polskiego natomiast indywidualizm…  to  „<<poczucie niezależności i odrębności osobistej oraz dążenie do zachowania własnych poglądów>>”. W bardzo zbliżony sposób indywidualizm zdefiniowano w Encyklopedii Zarządzania, dodając jedynie, że „… jest to postępowanie odbiegające od ogólnie przyjętych wzorców i norm”. I prawdopodobnie dlatego, współcześnie indywidualizm identyfikowany jest jako jeden z elementów warunkujących rozwój wszelaki, w tym także i rozwój danej organizacji, grupy, a zatem wydawać się może, że jest oczekiwany, a niekiedy wręcz niezbędny…  Co przejawia się w różnego rodzaju deklaracjach zarówno słownych, jak i pisanych. Tyle tylko, że jak należało by przejść od deklaracji, do praktyki, to konfrontacja indywidualizmu, z żywym człowiekiem - indywidualistą, niejednokrotnie nie wypada już w żadnym względzie na korzyść tego drugiego…

A przecież jak wskazuje wikisłownik „INDYWIDUALISTA … to… zwolennik indywidualizmu”, tyle tylko, że to także „człowiek niezależny i przekorny, mający poczucie odrębności osobistej, niechętnie podporządkowujący się, działający samodzielnie”. Innymi słowy INDYWIDUALISTA, to osoba, która nierzadko myśli, ale i postępuje inaczej jak reszta. Mając odrębne przekonania, dość często dystansuje się od zbiorowych zachowań i poglądów. Jednocześnie to właśnie najczęściej indywidualiści charakteryzują się tak dzisiaj powszechnie wręcz pożądaną we wszelkich rodzajach organizacji, inicjatywą, czy też przedsiębiorczością. Zazwyczaj są to wysokiej klasy specjaliści w danej dziedzinie, ale wespół za ww. idzie także i posiadanie własnego zdania oraz co być może i gorsze nonkonformizm, a z ich „akceptacją’ jest już gorzej, zwłaszcza w organizacjach delikatnie mówiąc, niedojrzałych. Indywidualista, to osoba, która według opisu M. Kurzyny „postrzega siebie jako osobę niezależną od grupy i autonomiczną. Ma wysoką potrzebę osiągnięć i nie unika rywalizacji”. Chciałoby się dodać „zdrowej” i „uczciwej” i być może, to właśnie jest klucz, do zrozumienia, dlaczego w praktyce dzisiaj indywidualiści zdają się stanowić w niektórych środowiskach zdecydowane mniejszości. Zwłaszcza w takich, które swój rzeczony „rozwój” przewidują jedynie i tylko do... a nie prawidłowo od... stadium deklaracji… Przyczyn takiego stanu można by wskazywać kilka, najprostsza to niezrozumienie obu ww. pojęć, ich wzajemnych zależności, ale i różnic. Jednak najistotniejsza z nich to, deficyt umiejętności kadry zarządzającej w obszarze umiejętnego zarządzania zasobami ludzkimi, a tym samym nie wykorzystywanie na co dzień potencjału indywidualistów. Także i w obszarach związanych z negatywnymi aspektami funkcjonowania grupowego, np. myśleniu grupowym. Dzisiaj indywidualizm zdaniem D. Majki-Rostek  „jest pojęciem, które przy analizach współczesności jest chyba najczęściej wykorzystywane”. Przywołując za P. Sztompką, jego definicję, stwierdza, iż jest to przede wszystkim: „podkreślanie znaczenia jednostki, wolnej od narzuconych więzi grupowych i uzależnień, obdarzonej godnością i niezbywalnymi prawami nie tylko jako obywatel, członek społeczeństwa, ale jako osoba ludzka, decydującej samodzielnie o kształcie swojej biografii, mającej do dyspozycji wiele wzorów życia czy kariery, a także ponoszącej wyłączną odpowiedzialność za swoje sukcesy czy porażki”. Niestety żyjąc w danej społeczności, grupie, i określonej szerokości geograficznej, fakt, że źródłem naszej identyfikacji jest przynależność do silnych i stabilnych sieci powiązań społecznych, co może dla indywidualisty oznaczać szereg negatywnych następstw, przynajmniej w obszarach jego formalnego funkcjonowania. Ponieważ w kulturach kolektywistycznych, określanych mianem ,,kultur wstydu” – następstwem wykroczeń społecznych jest nie tylko rzeczony wstyd, ale i tzw. utrata twarzy... Specyfika sankcji wyraża się tu w sformułowaniu „co ludzie powiedzą…”, a jej odrzucenie zawsze wiąże się z  pewnego rodzaju odejściem „…od tradycji i wynikających z niej zależności”. Niejako w nagrodę, za mogący indywidualistę spotykać powszechny ostracyzm, pozostaje mu jedynie świadomość, iż jego indywidualizm stanowi jedną z cech tzw. osobowości nowoczesnej, charakteryzującej się między innymi: potrzebą osiągnięć, nowych doświadczeń, otwartością, czy też gotowością do świadomej samoakceptacji. Zaś skutecznym motywatorem dla jego dalszych działań, przywołanym za D. Majką-Rostek „jest poczucie sprawstwa, oznaczające wiarę we własne siły i możliwości oraz umiejętność zorganizowania sobie własnego życia, bez ograniczającej wiary w tzw. los czy przeznaczenie… Skłonność do podejmowania ryzyka przy jednoczesnej świadomości jego konsekwencji… skłonność do postaw nonkonformistycznych, sprzyjających niekonwencjonalnym zachowaniom. Nonkonformizmowi towarzyszą takie cechy, jak: zredukowana potrzeba uległości wobec innych, ograniczona potrzeba afiliacji…”. 

Współcześnie żyjemy w społeczeństwie mega informacyjnym, w czasach tak dynamicznej globalizacji, że tworzona wokół nas rzeczywistość wydaje się być wspólna dla wszystkich. To jednak mimo wszystko, czy też przede wszystkim nadal jednostka pozostaje największym jej dobrem, co jest w pełni zgodne z postulatami indywidualizmu. Jednak już dość liczne przykłady z codziennego życia pokazują nam, że w ww. nie zawsze pamięta się o jej odrębności, czyli indywidualności każdego z nas. Dlatego dzisiaj możemy uznać za J. Pietraszko, że „Indywidualizm, to nieustanna walka, pomiędzy realizacją własnych potrzeb, a potrzeb innych, to napięcie pomiędzy własnym <<Ja>>, a życiem w grupie”. Zaś „fakt, że nie żyjemy samotnie na pustkowiu, ale zawsze funkcjonujemy wewnątrz jakiejś wspólnoty, grupy zmusza nas do ciągłego decydowania o sposobie, w jaki stajemy wobec tego wewnętrznego konfliktu… mamy wolę, możemy wybierać sposób życia i postępowania, jaki chcemy, jaki jest zgodny z naszym systemem wartości”. 

Indywidualizm jest wartością, niepotrzebującą uzasadnień, mocnych argumentów czy obrony, każdy, kto jest indywidualistą ma wewnętrzną siłę i chęć trwania w swoich poglądach” oraz „…lubi mieć wolność i autonomię w podejmowaniu decyzji. Do efektywnego działania potrzebuje częstych informacji zwrotnych na temat tego, co robi dobrze i źle, lubi być doceniana i zauważana, jako właściciel dobrych rozwiązań i pomysłów”. Niestety dzisiaj w postrzeganiu indywidualizmu i indywidualności dominuje nieco schizofreniczne rozgraniczanie obu tych pojęć. Następuje to zwłaszcza w sferze praktyki. Tzn. w teorii (deklaracjach wszelkiej maści) zazwyczaj jesteśmy za …, ale jak przychodzi czas praktyki…, to następuje (niekiedy bardzo ostro sygnalizowany) zwrot … ku … kolektywowi… i na piedestał wkracza nakaz „dostosowywania” do panujących w danej społeczności norm i reguł… a po indywidualistach, no cóż... zazwyczaj ślad szybko gnie. Dobrze chociaż, że już nikt, jak w średniowieczu indywidualistów (nawet i tych skrajnych) nie pali na stosie, przynajmniej w sposób dosłowny…

W podsumowaniu, zgadzając się w pełni z K. Niewczyńskim pamiętajmy, iż indywidualiści „To ludzie, którzy mają bardzo wysokie poczucie odpowiedzialności oraz sprawiedliwości społecznej. I biorą ją na własne barki, wyręczając pływających w bezkresnym oceanie znieczulicy”. To osoby, które w pełni zdają sobie sprawę, z tego, że „dobre życie” można mieć jedynie poprzez współuczestnictwo w życiu społecznym, ale współudział w nich postrzegają w sposób definiowany, jako w pełni partnerski. No a tam, gdzie mamy deficyty umiejętności zarządczych, czy też relacje interpersonalne w grupie są zaburzone, to powszechna raczej będzie postawa ich negacji. Ludzie boją się indywidualistów” tylko i dlatego, że mimo wszystko mają świadomość tego, że świat zmieniali, zmieniają i zawsze będą zmieniać właśnie indywidualiści... nie grupy, nie kolektyw, czy też ich zbiorowe myślenie. Dlatego też możemy się z indywidualistami nie zgadzać, mogą nas irytować, możemy ich nie rozumieć, ale najgorsze co możemy im zrobić, to świadomie, a niekiedy i z premedytacją im „przeszkadzać”… dlatego też mam prośbę w imieniu wszystkich indywidualistów świata nie przeszkadzajcie … i z góry, ponownie za K. Niewczyńskim „W imieniu wszystkich indywidualistów, dziękuję”.

 

p.s. 

Definicyjnie opisany indywidualista, na zamieszczonym powyżej rysunku, odrzuca koło jeszcze z jednego powodu, poza wspomnianym „r”, otóż podświadomie zazwyczaj neguje wszystko co „obłe” w kształcie… nadmienię, że nie o jakąkolwiek fizyczność wszelkiej krągłości, czy też obłości mi w tym przypadku chodzi…