środa, 29 lipca 2020

Recepta lub przepis* na … dobre życie *można sobie wybrać

Mając na uwadze, że okres wakacyjny już trwa... (tak tak, to dla tych którzy perspektywy własnego urlopu jeszcze dość długo nie dostrzegą), postanowiłam, że ten wpis będzie z serii: dla wszystkich, ale i „krótko i na temat”, a co z tego wyjdzie zobaczymy… oby było choć na temat (patrz tytuł)…

Kilka dni temu w zasobach internetowych wpadł mi w oczy rysunek, który wówczas (a jakże) udostępniłam na swoim profilu fb. Przedstawiał on „6 ZASAD DOBREGO ŻYCIA”, które dzisiaj postanowiłam nieco szerzej opisać, w odniesieniu do swojego ich  rozumienia. Tak jak i przy pierwszym wzrokowym ich odbiorze, uznałam, iż słowem kluczem, dla „całości” jest ROZUM, w podstawowym, słownikowym jego znaczeniu, czyli rozumianym jako „właściwą człowiekowi zdolność myślenia, poznawania świata”, czy też po prostu „umiejętność radzenia sobie w życiu”. W poniżej prezentowanym opisie, klasyfikując wspomniane sześć zasad dobrego życia, zaczynam ponownie od … właśnie terminu „rozum”:

  1. Zawsze używaj rozumu. Czym jest rzeczony rozum już wspomniałam, pozostaje jeszcze wyjaśnienie rozumienia „zawsze”, czyli „w każdym momencie i sytuacji, bez przerwy”… no chyba, że tylko na sen. Tym samym doradzam „Nie przestawaj się uczyć, bo życie … nie przestaje dawać lekcji”, a korzystając ze słów A. Einsteina poszerzam nieco znaczenie rozumu, wszak „Każdy głupi może wiedzieć. Sedno to zrozumieć…”.

  2. Pogódź się z przeszłością, a nie będzie zatruwać ci teraźniejszości. Przede wszystkim dlatego, że jak będziesz rozpamiętywał/-a, to co było, to w międzyczasie możesz stracić z oczu, lub nie dostrzec, tego to co niesie przyszłość, tego co może jeszcze się wydarzyć. Przecież  „Nie zostaliśmy obdarowani dobrym lub złym życiem. Zostaliśmy obdarowani  życiem. I tylko od nas zależy czy uczynimy je dobrym lub złym…” dlatego ważne, jak mówił S. Jobs „Musisz odnaleźć to, co kochasz. Dotyczy to zarówno pracy, jak i życia prywatnego”, im szybciej tym lepiej, ważne by nie przestać szukać.

  3. Nie porównuj swojego życia z cudzym. Nie wiesz, jaką cenę za nie płaci. Przecież „Każdy z nas ma swoją drogę w życiu. Inni mogą iść razem z Tobą, ale nikt nie może przejść jej za Ciebie”, za C.G. Jungiem zacytuję „But, który pasuje na jedną stopę, uwiera inną. Nie ma jednego przepisu ma wspaniałe życie, który odpowiada każdemu”. Dlatego „Rób to, co kochasz. Nieważne, jak dobrze to robisz. Ważne, ile radości Ci to sprawia”, czy też po prostu „Rób więcej rzeczy, które powodują, że zapominasz zajrzeć do telefonu”. 

  4. Czas leczy niemal wszystkie rany. Daj sobie czas. Przecież „Niezależnie od tego, co się wydarzyło poprzedniego dnia, ptaki zawsze zaczynają dzień radosnym ćwierkaniem” i jak mawiała K. Butler „Zachody słońca dowodzą, że bez względu na to, co by się działo, każdy dzień może zakończyć się w piękny sposób”. Więc za G. Whitleyem „Przypominaj sobie każdego ranka, że jesteś tu na ziemi z jakiegoś powodu. Masz talenty i cechy, które mogą przynieść dużo dobra innym”. 

  5. Co inni powiedzą o tobie, to nie Twój interes. Za sugestią Dante Alighieri „Idź swoją drogą, a ludzie niech mówią, co chcą”,  wszak „Jeżeli chcesz poczuć się fatalnie, posłuchaj, co mówią o tobie inni”, te słowa K. Kampy warto jeszcze uzupełnić o „Nie mów o sobie źle, inni zrobią to lepiej”. Dlatego też „Nie marnuj czasu na ciągłe wyjaśnienia. Ludzie słyszą to, co chcą słyszeć i wierzą w to, w co chcą wierzyć”. A w patowych, plotkarskich okolicznościach „Bądź jak rzepak – olej wszystko i rozkwitaj”

  6. Nikt nie jest odpowiedzialny za Twoje poczucie szczęścia, tylko Ty. „Szczęście jest emocją, spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne”, zatem jest bardzo „nasze”, a skoro jest tak bardzo indywidualne, to i bardzo subiektywne. Powtórzę jak mantrę, za mistrzem Szeng Jen „Twój los leży w Twoich rękach, poleganie na kimś innym jest głupotą”.

By spełnić obiecane na wstępie …„krótko i na temat”, tym razem w ramach podsumowania, załączę kolejną grafikę z tytułowym RECEPTO PRZEPISEM NA DOBRE ŻYCIE...

(z serii: znalezione w Internecie)

A w jej uzupełnieniu, ale także i ku przestrodze, jeszcze kilka cytatów:

Ad. 1.

Bądź… ponieważ „Nikt nie jest zobowiązany, by kogokolwiek lubić, ale istnieje pewna rzecz, o której warto pamiętać - szacunek”, ponadto zawsze, a może i przede wszystkim, szanuj sam siebie i pamiętajmy o słowach W. Eichelbergera „Szanujmy granice drugiego człowieka. Nawet jeśli on sam swoich granic nie szanuje”.

Ad. 2. 

Bądź… mimo wątpliwości wyrażonych słowami J. Lennona „Bycie szczerym może nie da Ci zbyt wielu przyjaciół. Ale zawsze da Ci tych właściwych”, ponieważ po prostu warto być…, zawsze… i mimo wszystko.

Ad. 3.

Bądź… i nie zapominaj nigdy, pomimo, że zdaniem M. Latosa, to bliżej niedookreślone coś jest „dosyć trudne w zrozumieniu, trochę enigmatyczne…, które każdy interpretuje na potrzeby chwili. I lepiej go nie używać. To odpowiedzialność. O niej często zapominamy”, a nie powinniśmy, choćby dlatego, że stanowi ona warunek dla naszej wolności, wszelakiej…

Ad. 4.

Bądź…, niemniej z tyłu głowy niech pozostają słowa A. Dumasa, że „Są przysługi tak wielkie, że można je spłacić tylko przez niewdzięczność”.

Ad. 5.

Bądź…, nie zapominając jednak o słowach T. Sheltona „Nie każdy jest Twoim przyjacielem…” chciało by się dodać niestety. Ale przecież nie w ilości, a jakości jest prawdziwa ich siła (patrz ad.2).

Tym samym przedurlopowo, urlopowo, czy tez już i pourlopowo polecam kompleksowe zastosowanie tytułowej recepty/przepisu na…, najlepiej niezwłocznie, już od dzisiaj…

sobota, 27 czerwca 2020

Kolorowa czarno – biała codzienność…



„Kto patrząc w świat nie widzi nic, ten ślepy, choć ma oczy.
I cóż wart jest taki widz, co patrząc w świat nie widzi nic”.
Z aforyzmów chińskich R. Kwiatkowskiego

Z okazji malutkiego, jednorocznego jubileuszu moich blogowych wpisów, postanowiłam napisać słów kilka na temat … widzenia… 
Tym razem, tak jak i wcześniej, wybór tematu nie był przypadkowy, choć w odróżnieniu od poprzednich, mniej dyktowany był bieżącymi zdarzeniami. W znacznym zaś stopniu jest efektem kształtujących się u mnie wieloletnio, dwóch elementów, otóż…
Oko ludzkie, oczywiście zaraz obok … nerki, już dość dawno temu, stało się, w tym jakże bogatym katalogu, anatomicznych składowych organizmu ludzkiego, moim ulubionym obiektem zainteresowań, nie tylko zawodowych… Być może była to podświadomie dyktowana konieczność dla tak ciekawskiej osobowości, lubującej się, niekiedy wręcz chorobliwie, obserwacją otaczającego świata, a być może… była jedynie wynikiem wrodzonej dbałości i staranności, wykazywanej przy każdym podejmowanym działaniu, a zatem i ww. obserwowaniu świata również. Zatem dbając, o bogate, techniczne zaplecze, wnikliwego obserwatora świata, zgromadziłam niezbędną mi wiedzę, by móc obiektywizując osąd (na tyle na ile jednoosobowo, jest to możliwe), sformułować wniosek (oby jeszcze nie końcowy), stanowiący jednocześnie tytuł tego wpisu. Jego uzasadnieniem natomiast niech będzie poniższa treść.
Z wiedzy anatomicznej wiadomo, że podstawą warunkującą widzenie barwne u ludzi, jest obecność w siatkówce czopków – trzech jego rodzajów. Każdy z nich jest najbardziej wrażliwy, na tylko jeden spośród trzech zakresów barwy: niebieskiej, zielonej lub czerwonej. Warto jednak nadmienić, że zakresy te zachodzą wzajemnie na siebie, co umożliwia nam widzenie palety wszystkich, możliwych barw. A jak do tego dodamy jeszcze wiedzę, że oko ludzkie jest w stanie widzieć ok. 10 mln różnych ich odcieni, to… może być naprawdę kolorowo… Jednak nie zawsze jest, bo niestety oko ma ograniczoną rozdzielczość barw, tzn. czasem nie jest w stanie dostrzec różnicy występującej między dwoma barwami o różnym widmie traktując je jako takie same. Oko ludzkie, jak i ludzie w ogóle, wykazuje różny stopień wrażliwości… na określoną barwę… Może dlatego, każdy z nas ten sam obraz widzi nieco inaczej… o czym dość często w naszym codziennym biegu, zdaje nam się zapominać. Przecież widzieć świat inaczej…, to nie znaczy gorzej, to znaczy widzieć go po swojemu, bo wrażenie barwne definiowane jest nie tylko przez barwę, ale i jej jaskrawość, czy też  nasycenie. Stąd bierze się różnica między „patrzeć”, a „widzieć”. Chciałoby się powiedzieć „patrz na życie tak, żeby niczego nie przegapić”, czy też po prostu „chciej widzieć”. Ale to czy chcemy „widzieć” zależne jest przede wszystkim od „jakości” naszego patrzenia, ale i myślenia…a nie tylko i wyłącznie od ilości widzianych barw. Sama ilość, niestety i tym razem, nie przekłada się nam w jakość. To tak jak z opisaną przez J. Pilcha znajomością języków obcych „Są ludzie, co mówią wieloma językami obcymi i w żadnym z tych języków nie mają nic do powiedzenia”. W tym przypadku ten ilościowy nadmiar, prowadzi do tego, że każdy widzi, co chce widzieć. Natomiast w skrajnych przypadkach, może nas doprowadzić, do co najwyżej… oczopląsu. Dlatego, w sytuacjach o zdecydowanie wyższym, jak przeciętny poziom złożoności, czy też tych z grupy najwyższej wartości dla każdego człowieka, niezależnie od szerokości geograficznej w jakiej żyje, stosuję w swoim widzeniu świata jedynie dwubarwną paletę barw. Ograniczając się w swoim widzeniu do tylko, albo aż dwóch kolorów białego i czarnego. Ale za to z dostrzeganiem wówczas, znacząco ponadprzeciętnym poziomem ich jaskrawości i nasycenia. I proszę nie mylić tego odczucia z postrzeganiem wszelakich odcieni szarości. Szarość, to barwa jak każda inna, niemniej w moim widzeniu świata, przypisuję ją do wszelakiej maści „nijakości, czy też bylejakości”, czyli wybiórczego widzenia świata, widzenia jedynie tego co chcemy, czy też warto nam widzieć, a wówczas to, zgadzając się z M. von Ebner – Eschenbach „…osiągnęliśmy duchową ślepotę”. Szarość, to kolor widzenia świata, osoby chcącej wtopić się w coś… grupę, tłum, czy rzeczywistość. I proszę nie identyfikować tego opisu z barwą np. odzieży, to jedynie barwa odnosząca się do sposobu „patrzenia na świat”. Zdarzyło mi się kiedyś usłyszeć, od osoby widzącej świat na szaro-pstrokato, „że świat nie jest czarno biały, a dostrzeganie szarości, to przejaw dorastania”. Już wówczas miałam pewność, że w takim razie, ja nie chcę dorosnąć nigdy… 
Moje zero jedynkowe patrzenie na świat, zalecam i innym, ułatwia ono swoiste oddzielenie „ziarna od plew”. Pozwala na jednoznaczne określenie, tego co jest dobre, a co złe. A poza tym wiadomo przecież, że jednoczesne pobudzenie wszystkich trzech rodzajów czopków w ludzkim oku wywołuje wrażenie widzenia bieli… a zatem, jak mówią słowa piosenki „Gdy koloru brak, to wszystko jest proste”. Kolejny raz przywołam słowa J. Pilcha „Trywialna jest to wiedza i nikczemny jest powód jej przywoływania, ale jak atakują analfabeci – trudno – trzeba się bronić abecadłem”, dlatego nie próbujmy sztucznie koloryzować codzienności, o ile w naturalny sposób kolorowa nie jest… Przerobiliśmy już „malowanie trawników na zielono”, więc powinniśmy też i wiedzieć, że by mieć trwały efekt końcowy, w tym przypadku „zielony trawnik”, należało sprowadzić nasze widzenie, do poziomu czarnego i białego koloru, uznając że czarnym, jest „trawnik do niczego”, białym „należy posiać nowy”.
Dzisiaj, będąc w tym miejscu w którym jestem, mając tę wiedzę którą już mam, mogę z czystym sumieniem, jednoznacznie stwierdzić: widzenie świata, czy też naszej codzienności nie jest ani białe, ani czarne, ani nawet kolorowe, bo wszystko jest takie, jakie jest… w rzeczywistości stworzonej w naszej głowie: dobre lub złe, ładne lub brzydkie, pozytywne lub negatywne. Ważne jest tylko to byśmy chcieli w ogóle „widzieć”, a nie jedynie bezwiednie „patrzeć”. Na koniec
powtórzę za B. Czabańskim „Widzieć, to nie to samo, co postrzegać”, dlatego „Nie wystarczy na coś patrzeć, trzeba to jeszcze spostrzec, trzeba widzieć”
Zatem do… widzenia…

środa, 27 maja 2020

Czy wszyscy jesteśmy ofiarami? czyli słów kilka o syndromie sztokholmskim w pracy…


„Wśród pomagających rozróżniamy takich, którzy nie myślą o sobie, i takich, którzy dbają o zachowanie dobrej kondycji. Ci pierwsi zrazu wyglądają na lepszych ludzi… tymczasem… badania pokazują, że w ogólnym rozrachunku dbanie o siebie pozwala pomagać innym dłużej… co finalnie pozycjonuje tych pomagających jako efektywniejszych”.

M. Brzeziński „Głaskologia” 

Dreptał, tupał i jest… tym razem tytuł sformułował mi się po wysłuchaniu #hot16challenge2, autorstwa E. Błachnio, która uznała, że… „wszyscy jesteśmy ofiarami”. Ja, z każdym, kolejnym dniem, także nabieram coraz to większej pewności, że jesteśmy…, w tym przypadku różni nas jedynie „stopień zaawansowania” tego stanu. Oczywiście, w warunkach pracy, zazwyczaj nic nie zagraża bezpośrednio naszemu życiu, ale z tytułowym syndromem mamy do czynienia wtedy, kiedy poniżany i źle traktowany pracownik, nie tylko nie sprzeciwia się oprawcy, w osobie przełożonego, choć nie tylko, ale jest w stanie usprawiedliwiać jego naganne zachowanie, czy też pomagać mu w osiąganiu jego tylko osobistych celów. Bardzo często w dzisiejszych realiach taka sytuacja występuje wówczas, gdy dana osoba, z jakichś powodów nie może zmienić pracy, np. z powodów finansowych (ma kredyt, dzieci na utrzymaniu), inne zobowiązania, czy też jego poczucie, jako pseudo powód do braku zmiany, wszak "chcieć, to móc". Tych przykładów można by mnożyć. Każdy z zupełnie innej bajki i o innym ciężarze gatunkowym. Wszystkie łączył by jeden i ten sam problem, tzn. występuje nadmierne, nierzadko balansujące na granicy patologii, uzależnienie pracownika od jego pracodawcy. Oczywiście, zjawiska te najłatwiej byłoby wytłumaczyć jednostkowymi błędami zarządczymi, czy też wypaczeniami organizacyjnymi. To jednak ich sedno tkwi przede wszystkim w odhumanizowaniu rynku pracy w Polsce, w tym także i w sektorze ochrony zdrowia, gdzie znaczący odsetek zarządzających uznaje dzisiaj za pewnik, iż pracownika po prostu można „kupić” i to za relatywnie niewysoką cenę. To „sprzedanie” się zaś pracownika, to przyczynek do skrajnie wysokiego poziomu stresu, występującego wówczas w pracy, finalnie wykańczającego nerwowo każdego. Pracownik poddając się tej relacji, zupełnie zapomina, że „praca to nie towar, tylko dobro”. W efekcie tego zaczyna, nie tylko akceptować swojego oprawcę, ale i tłumaczyć go na różne, możliwe sposoby. Mimo, że początkowo było mu i trudno w nią uwierzyć, to jednak z upływem czasu, odczuwając dość silne zagrożenie, poddaje mu się. Niestety taka postawa, skutkuje ciągłym przygnębieniem, a niekiedy i wręcz depresją. Człowiek by zmienić swój nastrój, stara się znaleźć jakieś wyjście z trudnej sytuacji i najprostszym z nich wydaje mu się wówczas, emocjonalne „dostosowanie się” do niej. Niestety tylko na pozór jest to dobre rozwiązanie, ponieważ przez odczuwaną „wewnętrzną niezgodę” na taki bieg zdarzeń, pracownik w konsekwencji, wykańcza się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.
Jedynym, mimo, że słabym usprawiedliwieniem dla tego stanu rzeczy, jest fakt, iż „syndrom sztokholmski, to mechanizm obronny, pojawiający się w toksycznej relacji… Osoba zdominowana zacznie usprawiedliwiać negatywne zachowania oprawcy i uznawać go za przyjaciela. Wszystkie próby interwencji z zewnątrz zinterpretuje jak próbę skrzywdzenia kata i będzie starać się go obronić”. „Syndrom sztokholmski to mimowolna reakcja obronna organizmu, sposób na przetrwanie. Umysł broni się przed wpływem kata poprzez usprawiedliwianie go i tłumaczenie jego zachowań. Dzięki temu oprawca mniej się denerwuje, a ofiara odzyskuje pewne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Człowiek chce za wszelką cenę ratować swoje życie i jest w stanie nauczyć się żyć nawet w najgorszych warunkach”. Syndrom ten sprawia, że jego ofiara nie tylko nie walczy już ze swoim oprawcą, ale co gorsza, unika jakiejkolwiek z nim konfrontacji. A po pewnym czasie zaczyna wręcz wobec osoby wyrządzającej jej krzywdę, odczuwać sympatię i w pełni się z nią się utożsamiać. W konsekwencji mechanizm ten może doprowadzić nawet do sytuacji, w której osoba prześladowana, np. mobbingowana, zacznie w dziwaczny sposób „pomagać” swojemu oprawcy, by ten uniknął mogącej go spotkać  kary.
Syndrom sztokholmski przejawia się charakterystycznymi objawami, które dosyć łatwo zauważyć, przede wszystkim w zachowaniu się ofiary, która: nie widzi, że jest krzywdzona, bagatelizuje swoją sytuację i ją tłumaczy (na przykład tymczasowością zachowań oprawcy, która jest chyba największym ryzykiem wystąpienia tego syndromu, niebezpieczne „jeszcze trochę wytrzymam”,  najczęściej podbudowane jest znaczącym poczuciem pełnienia przez siebie w pracy misji, czy tez powołaniem jako takim, a nierzadko i po prostu faktem „lubienia swojej pracy”). Wówczas dość łatwo przychodzi usprawiedliwianie kata, wykorzystując do tego argumenty dotyczące: stresu, presji, specyficznej sytuacji organizacyjnej. Mając identyczne poglądy jak oprawca, ofiara często wprost staje po jego stronie, nie chce jego krzywdy, jest w dziwaczny sposób przywiązana - uzależniona do oprawcy, reaguje agresywnie na pytania dotyczące jej relacji z oprawcą, a co chyba najbardziej niebezpieczne, reaguje negatywnie na wszystkie próby pomocy z zewnątrz.
Syndrom sztokholmski wykształca się w określonych warunkach, do najistotniejszych z nich zaliczyć należy to, że ofiara myśli, że jej przetrwanie zależy od oprawcy, jest zniewolona i pomimo, że regularnie jest poniżana, to myśli, że nie istnieje wyjście z takiej sytuacji, nie bierze pod uwagę także i możliwości ucieczki, w tym przypadku np. zmiany miejsca pracy. Swoją uwagę skupia na bardzo drobnych, ale pozytywnych zachowaniach oprawcy, jak np. zrobienie herbaty, nierzadko wyolbrzymiając je. Często bierze pod uwagę jedynie perspektywę oprawcy, przez co nie skupia się na sobie, jako osobie poszkodowanej. Z upływem lat „uczy się jak unikać sytuacji, które mogą wywołać kłótnię lub sprowokować oprawcę. Każde, najmniejsze pozytywne zachowanie kata jest zapamiętywane i wyolbrzymiane. Ofiara przekształca oprawcę w obraz wybawcy lub przyjaciela. Jest mu wdzięczna za chwilowy brak przemocy, możliwość skorzystania z toalety lub zjedzenia posiłku”.
Dlaczego tak się dzieje? Psychologowie uważają, że jest to związane z tzw. dysonansem poznawczym, czyli sytuacją w której nasz mózg chce pogodzić dwie sprzeczne ze sobą rzeczy. Przykładowo, tkwimy w sytuacji, która jest dla nas w jakiś sposób zagrażająca (np. nasza praca wywołuje bardzo wysoki stres), ale nie możemy jej w tym momencie zmienić. Aby poradzić sobie z sytuacją i ją zaakceptować, zaczynamy postrzegać sytuację jako korzystną. 
O syndromie sztokholmskim, mówimy, gdy są spełnione cztery kryteria:
  • poczucie zagrożenia – ofiara jest przekonana, że jej życie zależy od woli oprawcy;
  • odruchy życzliwości – napastnik okazuje ofierze przyjemne, przyjazne gesty;
  • brak możliwości ucieczki – ofiara nie widzi szansy na wyjście ze swojej sytuacji;
  • pełna izolacja – ofiara ma poczucie osamotnienia i bezradności.
Występują w nim 4 fazy – pierwsza to niedowierzanie (np. nie możemy uwierzyć w to, że ktoś nas wykorzystuje) w drugiej, dostrzegamy zagrożenie, w trzeciej zaczynamy przeżywać depresję, a w czwartej – by poradzić sobie z napięciem, akceptujemy ją jako sytuację bez wyjścia i zaczynamy się przystosowywać emocjonalnie do tej sytuacji, zaczynając wierzyć w to, że to co się dzieje jest dla naszego dobra, lub nasz oprawca jest tak naprawdę dobrym człowiekiem, ale „musi” robić to co robi. Problem z syndromem sztokholmskim w pracy jest taki, że jeśli faktycznie osoba zaczyna go przeżywać, to nie tylko nie widzi wyjścia z sytuacji, ale również usprawiedliwia tę sytuację. Efektem jest brak działania i tkwienie w niekorzystnej sytuacji przez lata. To oczywiście nie tylko rujnuje jej zdrowie, ale również i karierę zawodową. Stąd proces „leczenia” syndromu sztokholmskiego, to temat bardzo trudny. Zazwyczaj ofiara sama niestety nie podejmuje takich działań. To osoby z jej najbliższego otoczenia, często przy znacznym profesjonalnym wsparciu psychologa lub psychiatry doprowadzają do skutecznego jego podjęcia i zakończenia. Nie jest to jednak proces, ani szybki, ani łatwy. Niemniej powrót do równowagi sprzed jego wystąpienia jest możliwy. 
Rozpoczęłam słowami z jednego z 16 wersowców i takimi też, autorstwa tym razem K. Kasi zakończę „O czym nie można mówić o tym trzeba krzyczeć”. Zatem metaforycznie "krzyczmy" … także i o syndromie sztokholmskim, by przede wszystkim uświadamiać, zwłaszcza tych, którzy już mają go w fazie znacznego zaawansowania… Dzisiaj, u przedstawicieli środowiska pielęgniarskiego, jak i medyków w ogóle, można dość wyraźnie dostrzec, że brakuje równowagi pomiędzy pracą, a życiem osobistym, określanej w literaturze, jako work – life balance. Mimo, że koncepcja ze wszech miar słuszna, to w Polsce, w grupach zawodów misyjnych, jej zachowanie w praktyce graniczy z cudem, czy też przypomina poszukiwanie świętego Graala... Warto jednak podejmować te poszukiwania, a pomocne mogą okazać się: solidarność grupowa, przyjazna atmosfera, o którą dbają w jednakowym stopniu zaangażowania się wszyscy, ale mając na uwadze ryzyko „psucia się ryby od głowy”, to na kadrze zarządzającej spoczywa obowiązek „dawania dobrego przykładu” w tym obszarze. Na koniec, by móc się ustrzec skrajnej postaci syndromu sztokholmskiego, rozumianego „…jako stan psychiczny, w którym podwładni dowodzeni przez półmózgiego dyletanta, zaczynają odczuwać sympatię do niego, powstałą na podłożu zrozumienia jego rzekomo trudnej sytuacji, będącej następstwem tego, że sam jest gnębiony przez jeszcze wyżej postawionego niekompetentnego idiotę”, zarządzani w myśl zasady „najlepszą regułą jest brak reguł”, warto po prostu, nieco mniej dbać o pozory, a zdecydowanie bardziej o siebie nawzajem, w poczuciu rzeczywistego, wzajemnego szacunku, zawsze mając z tyłu głowy, słowa M. Latosa, że „na szacunek pracuję, a nie się go domagam”, a od czasu do czasu,"jeśli ktoś Cię rani i rozczarowuje, nie pytaj się go dlaczego tak robi. Zapytaj się siebie, dlaczego Ty wciąż na to pozwalasz?".

czwartek, 30 kwietnia 2020

Etyczny profesjonalizm – kompetencja na wagę złota



Profesjonalizm – pozwala robić to, czego nie boją się jedynie głupcy

Profesjonalizm – nie ważne czym, ważne jak!”



Pomimo, że w „poczekalni” pomysłów na wpisy … dość nerwowo już drepcze „syndrom sztokholmski”, to w realiach ostatnich dni, zdecydowanie silniejszym okazał się „PROFESJONALIZM” i to nie tylko ten opisywany w słownikach, jako „duże umiejętności i wysoki poziom wykonywanej pracy”, dla których synonimem są „fachowość” lub „zawodowstwo”, ale raczej zachowania lub postawy, świadczące o wykonywaniu jakichś czynności w sposób, już nie tyle zgodny z wykonywanym zawodem, ale wręcz ocierający się o wykonawstwo pretendujące do miana „sztuki”. Zdaniem niektórych, zarówno obserwatorów jak i uczestników zdarzeń z pierwszej linii walki z „koronkami”, w warunkach polskich może i trafnie, porównywanej niekiedy do cyrkowej, to jednak zawsze ocenianych, jako „mistrzostwo”. Prawdziwy profesjonalizm wymaga samodzielnego dbania o podwyższanie kwalifikacji, przy czym nie oznacza to, że profesjonalistą jest tylko ten przedstawiciel danego zawodu, który sam uznaje, że wie już wszystko. Profesjonalizm, to raczej „docenienie tego, co się wie i pokora przed tym, czego się (jeszcze) nie wie”. Wówczas to, potrzebne informacje można postarać się jak najszybciej zdobyć. Ważne jest, szczególnie obecnie, by umieć przyznać się do swoich ograniczeń, a w razie konieczności wiedzieć, gdzie i/lub do kogo zgłosić się po pomoc. Jak zauważa M. Kijowska, profesjonalizm to „zaangażowanie w pracę bez utraty <<Ja>>”. PROFESJONALIZM składa się z pięciu zasadniczych elementów, tj.: kompetencje, wiarygodność, opanowanie, pewność siebie i stałość, która uznawana jest za najważniejszy z nich. Ponieważ chcąc być profesjonalnym, nie można czasowo „odpuścić” tego, co stanowi o istocie naszej pracy, bo mogłoby się okazać, że ta właśnie chwila, spowoduje zaprzepaszczenie całego, dotychczasowego wysiłku. 
Zdaniem A. Aduszkiewicza „profesjonalista to ktoś, kto jest świadomy wartości, jaką ma jego praca dla otoczenia społecznego. Zna swoją wartość, ale wie, że zależy ona od tego, co warty jest dla społeczności produkt, który dostarcza. Profesjonalista rozumie swoją społeczną odpowiedzialność”. Zawsze ma on świadomość, „po co?” wykonuje swoją pracę i „co chce?” w niej osiągnąć. Można powiedzieć, że profesjonalista nie jest skupiony na sobie, lecz na najlepszym wykonaniu swojej pracy. Za to go „wynagradzamy”, czy też powinniśmy wynagradzać godziwie, choć nie pracuje on tylko dla pieniędzy. Zna on i stosuje się do „reguł prezentowanej sztuki”. Innymi słowy – zna i przestrzega standardy swojej profesji. I to co dzisiaj chyba najważniejsze, to profesjonalista ma swoje nieprzekraczalne granice. Codziennie gotowy jest na „test lustra”, nie bojąc się czyją twarz w nim zobaczy, bo nie nagina przyjętych reguł granej „sztuki”, dla zaspokojenia własnych potrzeb, czy koniunkturalnie dla innych, przydatnych mu osób. Zna granice dopuszczalnego kompromisu, poza którymi zaczyna się niedopuszczalna manipulacja przyjętymi w pracy zawodowej, standardami. Zdaniem T. Czekana „Profesjonalizm pojmowany, jako pewna dyspozycja, cecha ludzi, jak~ i instytucji, staje się coraz bardziej czymś pożądanym, oczekiwanym, wymaganym i oczywistym. W kodeksach etycznych firm staje się normą, cnotą etyczną”. W tym miejscu można by zadać sobie za J. Janczukowiczem, pytanie czy „Profesjonalizm – subiektywne zagadnienie etyczne, czy wymierna kompetencja?”. Kodeksy etyczne medyków, tak jak i w przypadku innych profesji, zawierają swoistą „deklarację” profesjonalizmu. Jednak czy jest to deklaracja z pokryciem? Pozostawię odpowiedź każdemu czytelnikowi z osobna, prosząc jedynie o pamięć o subiektywizmie etyki, w ujęciu definicyjnym. By móc bezwzględnie oczekiwać „wypełnienia ww. deklaracji” należałoby uprzednio spełnić szereg uwarunkowań technicznych, organizacyjnych, czy też społecznych, właściwych dla optymalnego wyposażenia miejsca pracy profesjonalisty. Trudno jedynie wymagać profesjonalizmu, od osób mających pracować np. w źle, czy w ogóle wręcz niezorganizowanej instytucji, na niezorganizowanym stanowisku pracy, czy też z wynagrodzeniem, plasującym się na poziomie płacy godnej jedynie poziomu „bylejakiego wykonania” danej pracy. Nie od dzisiaj wiadomo, że idea profesjonalizmu w realiach organizacyjnych, w których nie ma solidarności, lojalności, czy elementarnego szacunku pomiędzy pracodawcami i pracownikami, „jest jednym z narzędzi wyzysku, zmuszania do morderczej pracy, jest młotem na opornych, bo kto odważy się sprzeciwić tak szlachetnej idei?”. Wówczas staje się jedynie „atrapą dla wygórowanych żądań wobec zatrudnionych (bez zapewnienia im możliwości rozwoju osobistego i zawodowego; i nakazu całkowitej, bezwarunkowej lojalności wobec firmy”. Dlatego też, tak ważny jest fakt, czy pracodawca, oczekujący od pracowników profesjonalizmu, daje im szansę nimi zostać. Wśród zapisów kodeksowych, nie przypadkowo za „deklaracją profesjonalizmu”, aprobowane są zapisy praw pracownika do np. odmowy wykonania polecenia, czy też pojawiające się w kodeksach zawodowych, przyjmowanych w instytucjach, w których rzeczywiście zależy zarządzającym na profesjonalizmie,  prawo „bicia na alarm”, będącym odpowiedzią na poetyckie zapytanie C.K. Norwida „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala; Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?”. Dzisiaj szczególnie, jak za sprawą szkła powiększającego widać, że zapisy zawarte w kodeksach etycznych, pokładają zbyt duże oczekiwania, w obszarze profesjonalizmu, także i w samej formie odniesienia ich do ogółu pracowników. Ponieważ oznaczają one oczekiwanie powszechnej doskonałości, a niekiedy wręcz heroizmu od wszystkich. To niejednokrotnie dzisiaj oznacza oczekiwanie formy doskonałości trudnej do osiągnięcia w przeciętnych warunkach, dla przeciętnego pracownika. Tym bardziej, że obecnie, nierzadko można odnieść wrażenie, że Ci co sami zapomnieli czym jest profesjonalizm i etyka, oczekują ich od innych ze zdwojoną siłą. Uwypuklając i potwierdzając jednocześnie stwierdzenie J. Russ „… etyka o którą się wszyscy upominają, z trudem zakotwicza swoje normy i wartości w miejscu, które je ustanawia i uzasadnia”. Dzisiaj szczególnie, łatwo możemy dostrzec związek pomiędzy profesjonalizmem i etyką. Uznając podobnie jak M. Jantos, że podstawę działań zawodowych pielęgniarki/pielęgniarza, stanowią zasady etyki medycznej, oparte na teorii czterech pryncypiów, tj.: poszanowanie autonomii; nieszkodzenie, niekrzywdzenie; czynienie dobra (dobroczynność); oraz sprawiedliwość (rozdzielcza, dystrybutywna).  Dają się one każdorazowo sprowadzić do jednego terminu, a mianowicie PRZYZWOITOŚCI, rozumianej słownikowo jako „postawa zgodna z obowiązującymi zasadami etycznymi i moralnymi; porządność, uczciwość, solidność”. I o ile chcemy uchodzić za profesjonalistę, to w codziennym życiu zawodowym powinniśmy kierować się po prostu zwykłym poczuciem przyzwoitości. Tyle i aż tyle. Zgadzam się w pełni ze stwierdzeniem A. Aduszkiewicza, że profesjonalizm i etyka „idą w parze”, dodając, że bardzo silnie związanej. By jednak „umknąć” subiektywizmowi etyki, należy je wespół, uznać za wymierną, jakże dzisiaj przez wszystkich pożądaną w środowisku pielęgniarskim kompetencję, opisywaną w literaturze, jako ETYCZNY PROFESJONALIZM. Rozumiany według J. Szczupaczyńskiego, jako „ Kierowanie się w wykonywaniu zawodu (…) osobistym systemem etycznych wartości, przełożonym na język zasad profesjonalnego postępowania i uzgodnionym z wartościami i regułami firmy, przy jednoczesnym dążeniu do etycznej integralności”. Osoby posiadające tę kompetencję, „wyraziście artykułują swoje przekonania”, a „problem etyczności pojawia się w ich narracjach jako przemyślany i uporządkowany”. Charakterystyczną cechą etycznego profesjonalizmu jest przypisywanie dużo większego znaczenia warunkom niezwiązanym bezpośrednio z doświadczeniami zawodowymi. Dla osoby o ukształtowanym systemie wartości, warunki organizacyjne mają charakter wtórny, dlatego też mało prawdopodobne, by osoba o „prostym kręgosłupie i mocnej osobowości” mogłaby, w jakichkolwiek okolicznościach, porzucić pro etyczną orientację. Przyczynia się również do tego etyczna integralność takiej osoby, przejawiająca się spójnością we wszystkich obszarach jej funkcjonowania, czy też pełnionych przez nią rolach społecznych, które pozostają w całkowitej zbieżności z jej osobistym systemem wartości. Zatem osoby posiadające tytułową kompetencję, mogą okazać się dla swoich zespołów pracowniczych, swoistym panaceum, na „kryzysowo pandemiczne” zaspokojenie, definicyjnego dobrostanu, warunkującego zdrowie… Zatem stają się bezcenni… 
Myśląc optymistycznie, już i o tym co będzie po … marzą mi się rzesze pielęgniarek/ pielęgniarzy, u których tytułowy, etyczny profesjonalizm będzie oczywistą, powszechnie posiadaną kompetencją, prezentowaną w każdym ich codziennym, działaniu zawodowym. 
Uznając „klaskanie”, zwłaszcza nieszczere, za passe, w zastępstwie tych „klasków”, w zamian podsumowania, pozwolę sobie na osobiste i niestandardowe ujęcie „dziękuję”, dla wszystkich koleżanek i kolegów, pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy niejednokrotnie, w burzy chaosu organizacyjnego, nadal i mimo wszystko „po prostu robią swoje”, prezentując już dzisiaj najwyższy z możliwych poziomów etyczny profesjonalizm. Szczególnie „zdrowo” myślę tutaj o tych, „z pewnego, mono profilowego szpitala, miejsca moich źródeł zawodowych”. Trzymajcie się każda/każdy z osobna i pamiętajcie słowa J. Blackhurst, żeNie możesz ciągle ratować świata. Czasem trzeba poprzestać na ratowaniu siebie”, bo jak to ludzie powiadają: dobry medyk, to medyk żywy i zdrowy.

wtorek, 31 marca 2020

Pytania z serii ponad czasowych, tym razem: kim chcę być w przyszłości…





„Czyste sumienie jest najlepszą poduszką do spania”
M. Hłasko


Zacznę tak niestandardowo i już na wstępie odpowiem: marzy mi się i bardzo chcę... być szczęśliwym człowiekiem, ale …
Nie byłabym sobą, więc pomimo świadomości znaczenia każdego „ale”… i choć zawsze z tyłu głowy termin „przyzwoitość” mi się pojawiał, w kontekście mojego społecznego i nie tylko funkcjonowania, to zdaje się szczególnie aktualnie, w jakiś dziwaczny wręcz sposób, marzy mi się tak po prostu, tu i teraz bycie przyzwoitym i szczęśliwym człowiekiem. 
W ostatnich tygodniach, co oczywiste materiały zamieszczane w nośnikach wszelakich, koncentrują się wokół malutkiego żyjątka w koronie, jeszcze nieodgadnionego przez człowieka, ale już dzisiaj dość mocno warunkującego nasze jestestwo. Śledząc te wiadomości płynące z różnych źródeł, niejednokrotnie wywołują one u mnie osobiście, delikatnie rzecz ujmując, zróżnicowane reakcje emocjonalne… A te zazwyczaj sprowadzają nas na … by nie pisać nazbyt pesymistycznie… użyję zwrotu „ścieżki kręte”, prowadzące nas w różne miejsca, w tym i takie, w których znaleźć się z własnej woli zazwyczaj nie chcemy, a stąd to już prosta droga do szeregu schorzeń … o których dzisiaj system ochrony zdrowia jakby zapomina, więc i zdrowy rozsądek nakazuje mi tłamsić w zarodku ich przyczyny… no ale niestety nie zawsze mi się to udaje, bo i ciekawość świata znacząca, dlatego w tych gąszczach zapewnień, zawieranych w przekazach różnych, jak to jesteśmy przygotowani…, jak to sobie… radzimy… Podczas, gdy jako lubujący się od ponad dobrych 40 już lat, wnikliwą obserwacją otaczającego mnie świata osobnik, dostrzegam coś zgoła innego. Ale być może to efekt tylko i wyłącznie mojej dość już dzisiaj poważnej wady wzroku, a może po prostu wręcz ślepoty „na zbyt jaskrawe farbki’ używane w tych przekazach…
Przykładów zarówno z własnych doświadczeń, jak i przekazów wiarygodnych i potwierdzanych empirycznie, zasłyszanych z ust innych osób, mogłabym mnożyć, codziennym ich szczytem jest "występ" jak to fajnie ujęto „medialnych stenduperów” na etatach urzędniczych, nierzadko najwyższego szczebla, mówiących, a to o przygotowaniu sektora ochrony zdrowia, a to systemu oświaty, na różnych poziomach, czy też urzędów do: zarówno walki z tym groźnym czymś, ale co równie chyba ważne, otwartości instytucjonalnej na obywatela… 
A ja, jak chyba już teraz miliony Polaków, odczuwam „tę cudowną codzienność” na własnej skórze coraz dobitniej i to w różnych obszarach, czy to przygotowanie sektora ochrony zdrowia, mimo że jeszcze nie... Na pierwszej lini ognia, za co z najczęściej domowego anturarzu podziwiam koleżanki i kolegów, ale przecież w tym błogostanie przygotowania… nie daj boże spaść ze schodów, choć fakt zapaść systemowa librusów i vulcanów jakby mniej mnie dotyka, ale i tu odczuwam skutki konieczności pracy zdalnej… i tak jak jeszcze cztery miesiące temu usłyszałam na własne uszy, „nigdzie nie jest napisane, że pracodawca musi mi zapewnić komputer” na moim stanowisku pracy, tak teraz dowiaduję się, że ten sam właśnie „poleca mi różnorodne narzędzia pracy zdalnej” i cóż, że do tego potrzebne są jak w każdym, prawidłowo przebiegającym kontakcie: co najmniej dwie strony… no cóż… to życie… 
Bezpośrednim jednak przyczynkiem do napisania tego tekstu był pewien wpis adepta jednego z kierunków medycznych, mocno negujący pewne, pojawiające się w odbiorze społecznym, oczekiwanie względem przyszłych medyków, a właściwie przygotowana w odpowiedzi na ww. konkluzja, bardzo cenna nie tylko w dzisiejszych realiach zawodowych medyków. Jak zawsze świadcząca o ponadprzeciętnym poziomie jej Autora w postrzeganiu i rozumieniu znaczenia dla późniejszego profesjonalizmu obszaru „pewnej, niedającej się wyuczyć predyspozycji osobniczej”, koniecznej dla przyszłego adepta zawodu medycznego, czy też i każdego misyjnego. W tej swoistej odpowiedzi, na tę młodzieńczą negację, Autor zaleca koledze-studentowi, zadanie sobie tytułowego pytania: kim chce być? 
Od lat polecam, sama także stosując, zadawać je sobie na różnych etapach życia, zarówno studentom, jak i czynnym już zawodowo medykom, bo w przypadku tak trudnych zawodów, obarczonych znacznym ryzykiem wypalenia zawodowego, należy je zadawać sobie cały czas, by nie zatracić w tej gonitwie dnia codziennego, za … bliżej niedookreślanym czymś… przede wszystkim siebie… Zatem pytajmy siebie systematycznie, szczególnie w tych najbliższych miesiącach… a unikniemy w przyszłości osobistego dramatu, przejawiającego się publicznym krzykiem rozpaczy „przegrałam życie za 3,5 tysiąca”.
W podsumowaniu zawartej już na wstępie odpowiedzi zacytuję K. Burnetko „Nie lubię zbyt wielkich słów, ani rozmów o takich pojęciach, jak przyzwoitość. O czym tu gadać? Przecież to proste: żyć przyzwoicie, to żyć w zgodzie z samym sobą i nie szkodzić innym. Albo jeszcze inaczej mówiąc: być lojalnym wobec siebie, ale i wobec innych ludzi, dbać nie tylko o swoje dobro, ale brać pod uwagę także dobro innych ludzi i tyle. Nie ma się tu nad czym zastanawiać”. 

sobota, 29 lutego 2020

Bombo…nie(a)…rka, czyli konsekwencje nie podjęcia leczenia syndromu bmw…






„Niektórych dopiero stan chwiejności
doprowadza do równowagi”.
Tadeusz Gicgier

Już na wstępie przepraszam czytającego te słowa, za pojawiający się w poniższym opisie „chaos myślowy”. Może być to wynikiem… zbytniej chęci spełnienia postawionego sobie celu: przygotowania co najmniej jednego wpisu w miesiącu, a luty, mimo, że i tak tym razem 29-dniowy, okazał się zbyt krótki do pełnego, wcześniejszego uporządkowania w głowie tego, co przez ostatnie tygodnie w niej się kłębiło… A mianowicie, rzecz będzie o… konsekwencjach nie podjęcia leczenia syndromu bmw…
Czytając, być może zbyt dużo, a do tego dość mocno zróżnicowanych w treściach informacji, natknęłam się na opisy kilku znanych w psychologii, syndromów. Nie wiedzieć dlaczego, analizując na bieżąco czytane treści, każdorazowo dochodziłam do wniosku, że mają one z tytułowym syndromem, gdyby na nie popatrzeć z perspektywy przyczyna – skutek, wiele wspólnego. Nie mam jednak pewności przy obecnym stanie mojej wiedzy i obserwacji, a i chyba odwagi na jednoznaczne wskazanie, co jest przyczyną, a co ich skutkiem. Dlatego przynajmniej na chwilę obecną, uznałam, że w konsekwencji przewlekłego, utrwalonego jego występowania u danej osoby, można by diagnozować, uznając za konsekwencję „nie podjęcia leczenia”, jeden z trzech znanych w psychologii zjawisk, tj.:
  • Syndrom gotującej się żaby,
  • Syndrom Pollyanny,
  • Syndrom superbohatera.
Syndrom gotującej się żaby odnosi się do okoliczności, w tym przypadku np. organizacyjnych, dających się sklasyfikować jako co najmniej trudne, czy problematyczne, które w miarę upływu czasu, przybierają na sile. Człowiek wówczas, jak ta żaba w eksperymencie, wrzucona do stosunkowo jeszcze nie bardzo ciepłej wody, adoptując się do rosnącej temperatury, w miarę jej podgrzewania, nie dostrzega właściwego momentu, w którym należało by „opuścić garnek”. Człowiek starając się stale dostosowywać do otaczającego go otoczenia, traci energię na często zupełnie niepotrzebne działania i dopiero „gotując się” – gdy sytuacja wymyka mu się już zupełnie spod kontroli (woda w garku wrze), jak ta żaba, podejmuje ten trud, niestety skazany jest na porażkę, bo nie jest już w stanie wykrzesać z siebie czegokolwiek. Dlatego nie zapominajmy, że ciągłe dostosowywanie się do... wymaga od nas stałego dopływu energii. Więc nie traćmy jej zbytecznie, czekając nie wiadomo na co…, bo może się okazać, że gdy już sami w końcu uznamy, że należy wyskoczyć (opuścić garnek – organizację), bo temperatura jest zbyt wysoka, nie starczy nam już sił na ten skok, gdyż całą energię utracimy wcześniejszej. Dzieje się tak dlatego, że zawsze łatwiej jest nam zwrócić uwagę na to, co jest zmianą nagłą, aniżeli na taką, która powolnie, ale w sposób destrukcyjny przybiera na sile. Okazuje się, że żaba ginie, nie z powodu wrzącej wody, lecz z powodu niezdolności do decydowania o swoim życiu, nazbyt długiego odwlekania decyzji o ucieczce i przesadnym, zbyt długim dostosowywaniu się do coraz trudniejszych warunków otoczenia. Dlatego SKACZ KIEDY JESZCZE MASZ SIŁĘ…
Syndrom Pollyanny, opisuje okoliczności, w których człowiek o określonym typie osobowości, będąc narażonym na niesprzyjające mu środowisko, niekiedy wykazuje pewne predyspozycje do tego, by w sposób szczególny być podatnym na nadmierny stres, czy występowanie wypalenia zawodowego. Mając na uwadze fakt, iż „droga do zmiany wiedzie poprzez akceptację i tak byłoby najlepiej”, uznaje on, że skoro już w tym środowisku i na takim stanowisku jest, to być może jest ono dla niego najlepszym, co aktualnie może mu się przydarzyć. Dlatego też staje się swoistym wyznawcą formuły z serii „zaakceptuj to”, „znajdź powody do wdzięczności”, „znajdź korzyści z tej sytuacji”. Otoczenie wówczas staje się polem korzyści, klasyfikowanych według zasad bohaterki książki o tożsamym tytule, której życie mimo, że było bardzo trudne, to stało się swoistym poligonem do zbierania doświadczeń, hartowania odporności psychicznej. Pollyanna to postać, która potrafiła dostrzec w każdej sytuacji coś pozytywnego. Jej postawa pozwala „uczyć się jak powoli stawać się sobą w pełni, jak stawiać granice…”, jest tylko jeden warunek by móc uniknąć tego, tylko na pozór pozytywnego syndromu, gdy występuje on u osób, które na siłę, nawykowo wręcz, dopatrują się pozytywów również w sytuacjach od których powinny stronić, bo NIE MOŻNA przy tym optymistycznym patrzeniu na świat, NIE OBIEKTYWIZOWAĆ SWOJEGO OSĄDU!!! 
W obu ww. przypadkach warto zalecać wszystkim złoty środek pomiędzy „syndromem gotowanej żaby, a syndromem Pollyanny”, czy też po prostu UNIKANIE SKRAJNOŚCI WESPÓŁ  Z BYCIEM SOBĄ!!!
Syndrom superbohatera (syndrom Atlasa), opisuje w najprostszy z możliwych sposób, jak nie lokować poczucia własnej wartości w innych osobach, „jest sposobem przystosowania się do życia ludzi, którzy doświadczyli w przeszłości sytuacji trudnych i urazowych – je udźwignęli, niemniej nie bez konsekwencji w dalszym życiu”. Za pierwowzór dla charakterystyki osób z tego typu syndromem, posłużył mityczny Atlas „silny za siebie i za innych, wciąż czujny, zawsze ofiarny, ale też nieustannie samotny i niespełniony. Jest przykładem na to, że to, co nas nie zabija, niekoniecznie nas wzmacnia”. Jest on wynikiem zaistnienia zarówno: bezradności – która z czasem może minąć, oraz silnego poczucia zagrożenia. Istotnym jego komponentem są silne emocje, najczęściej lęk, poczucie straty, cierpienie, wstyd, upokorzenie. To wbrew pozorom, syndrom typowy dla osób, które poradziły sobie z wcześniejszymi trudnościami, obecnie będące w pełni samodzielne, aktywne zawodowo i społecznie, tworzące związki, utrzymujące kontakty z bliskimi. Dość często postrzegane są wręcz jako zaradne, dzielne, czy niekiedy wręcz bohaterskie. Stąd mówimy o syndromie superbohaterów, bo są to często ludzie wręcz heroiczni, którzy mimo różnorodnych przeciwności nie poddali się, potrafili się zmobilizować, i odbudować swoje życie. Jednak problemem staje się fakt, iż  „kiedy już minie najgorsze, nie potrafią odpuścić, rozluźnić się. Powiedzieć sobie <hurra, zrobiłem, co trzeba i udało mi się>. Dlatego to jest pułapka adaptacyjna. Taki człowiek żyje w ciągłym napięciu, gotowości zmierzenia się z zagrożeniem, nawet gdy nic mu nie grozi. Dlatego nieustannie się zabezpiecza i nie lubi niespodzianek”. Syndrom Atlasa jest złożonym stanem psychicznym, ale najbardziej charakterystycznym jego przejawem jest kompulsywna potrzeba kontrolowania swojego życia, swoich bliskich oraz skłonność do przyjmowania na siebie zbyt wielu obowiązków, wyręczania innych, a to już prosta droga do patologii… np. pracoholizmu, bo „Atlas nie odczuwa trwałej satysfakcji z tego, czego dokonał. Może chwilową radość, ale szybko okupioną niepokojem”. Ponadto ważną rolę w syndromie superbohatera przypisuje się … „wypracowanej umiejętności rozumienia i współodczuwania przeżyć innych i zawsze towarzyszące mu silne poczucie odpowiedzialności” i „powód, mniej oczywisty – on czuje się o tyle wartościowy, o ile inni ludzie go cenią, kochają i zauważają. W związku z tym nie postawi wszystkiego na jedną kartę, nie zerwie relacji z tymi, na których mu zależy, nie narazi się na ich niezadowolenie”... 
Widząc niebezpieczeństwa płynące z zaistnienia w rzeczywistości, każdego z zaprezentowanych syndromów w realnym, codziennym funkcjonowaniu zawodowym środowiska pielęgniarskiego w Polsce, w dobie wzmożonych komunikatów o epidemiach… zalecam LECZMY SIĘ SZYBKO I SKUTECZNIE. Szczególnie uczulam na ryzyko wystąpienia, w mojej ocenie, najpoważniejszej dzisiaj konsekwencji „nie leczenia syndromu bmw”, syndromu pokracznego „superbohatera”, czy też „superbohaterek”. W uzasadnieniu osobistych obaw stwierdzam, że poddani wnikliwej analizie, okazują się być postaciami wręcz tragicznymi, bo w gruncie rzeczy nic nie robią bezinteresownie. Przede wszystkim za cel służy im, zdobycie przychylności innych ludzi, którzy dadzą im pewność, że są  ważni, czy wręcz niezastąpieni, przez co już zawsze towarzyszy im lęk o coś…, on/ona zaś „skupiony na tworzeniu różnych protez bezpieczeństwa, nie umie cieszyć się tym, co już osiągnął, a to, co stworzył, niszczy brakiem umiaru”. ZATEM MIEJMY UMIAR… we wszystkim, bo ponoć „co za dużo to nie zdrowo”,  czy też „nawet świnie nie chcą…”.