środa, 24 marca 2021

Indywidualizm, a indywidualiści… czyli coś na miarę „jestem za, a nawet przeciw…”


"Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich"

A.Sapkowski


Dzisiaj, tak jak i zazwyczaj w przypadku moich blogowych wpisów, wybór tematyki, ma swoje odniesienie do tego co dzieje się wokół… tym razem jest próbą zobrazowania współcześnie często dostrzeganego … rozchodzenia się składanych deklaracji, także tych mniej lub bardziej sformalizowanych, z późniejszymi, podejmowanymi w praktyce działaniami, w różnych sferach naszego życia … Ten opis dotyczyć będzie tematu indywidualizmu, który niby deklaratywnie jest „oczekiwany”, a jak przychodzi co do czego, to jego przedstawicieli w osobniczej i konkretnej postaci danego indywidualisty, nader często okazuje się już być „oczekiwany” w stopniu zdecydowanie mniejszych, o ile w ogóle…

Tradycyjnie na początek przywołam niezbędne dla poniższego opisu definicje: 

INDYWIDUALIZM za encyklopedią PWN „[z łac. Indywiduum ‘coś niepodzielnego’, ‘jednostka’], ogólne poczucie niezależności i odrębności osobistej; postępowanie odbiegające od ogólnie przyjętych wzorców, rozpowszechnianych sądów, niekiedy nieliczące się z normami społecznymi". Za Wikipedią „Indywidualizm – zasada filozofii politycznej i etyki, zgodnie z którą jednostka ludzka uznawana jest za najwyższe dobro”. Według Słownika Języka Polskiego natomiast indywidualizm…  to  „<<poczucie niezależności i odrębności osobistej oraz dążenie do zachowania własnych poglądów>>”. W bardzo zbliżony sposób indywidualizm zdefiniowano w Encyklopedii Zarządzania, dodając jedynie, że „… jest to postępowanie odbiegające od ogólnie przyjętych wzorców i norm”. I prawdopodobnie dlatego, współcześnie indywidualizm identyfikowany jest jako jeden z elementów warunkujących rozwój wszelaki, w tym także i rozwój danej organizacji, grupy, a zatem wydawać się może, że jest oczekiwany, a niekiedy wręcz niezbędny…  Co przejawia się w różnego rodzaju deklaracjach zarówno słownych, jak i pisanych. Tyle tylko, że jak należało by przejść od deklaracji, do praktyki, to konfrontacja indywidualizmu, z żywym człowiekiem - indywidualistą, niejednokrotnie nie wypada już w żadnym względzie na korzyść tego drugiego…

A przecież jak wskazuje wikisłownik „INDYWIDUALISTA … to… zwolennik indywidualizmu”, tyle tylko, że to także „człowiek niezależny i przekorny, mający poczucie odrębności osobistej, niechętnie podporządkowujący się, działający samodzielnie”. Innymi słowy INDYWIDUALISTA, to osoba, która nierzadko myśli, ale i postępuje inaczej jak reszta. Mając odrębne przekonania, dość często dystansuje się od zbiorowych zachowań i poglądów. Jednocześnie to właśnie najczęściej indywidualiści charakteryzują się tak dzisiaj powszechnie wręcz pożądaną we wszelkich rodzajach organizacji, inicjatywą, czy też przedsiębiorczością. Zazwyczaj są to wysokiej klasy specjaliści w danej dziedzinie, ale wespół za ww. idzie także i posiadanie własnego zdania oraz co być może i gorsze nonkonformizm, a z ich „akceptacją’ jest już gorzej, zwłaszcza w organizacjach delikatnie mówiąc, niedojrzałych. Indywidualista, to osoba, która według opisu M. Kurzyny „postrzega siebie jako osobę niezależną od grupy i autonomiczną. Ma wysoką potrzebę osiągnięć i nie unika rywalizacji”. Chciałoby się dodać „zdrowej” i „uczciwej” i być może, to właśnie jest klucz, do zrozumienia, dlaczego w praktyce dzisiaj indywidualiści zdają się stanowić w niektórych środowiskach zdecydowane mniejszości. Zwłaszcza w takich, które swój rzeczony „rozwój” przewidują jedynie i tylko do... a nie prawidłowo od... stadium deklaracji… Przyczyn takiego stanu można by wskazywać kilka, najprostsza to niezrozumienie obu ww. pojęć, ich wzajemnych zależności, ale i różnic. Jednak najistotniejsza z nich to, deficyt umiejętności kadry zarządzającej w obszarze umiejętnego zarządzania zasobami ludzkimi, a tym samym nie wykorzystywanie na co dzień potencjału indywidualistów. Także i w obszarach związanych z negatywnymi aspektami funkcjonowania grupowego, np. myśleniu grupowym. Dzisiaj indywidualizm zdaniem D. Majki-Rostek  „jest pojęciem, które przy analizach współczesności jest chyba najczęściej wykorzystywane”. Przywołując za P. Sztompką, jego definicję, stwierdza, iż jest to przede wszystkim: „podkreślanie znaczenia jednostki, wolnej od narzuconych więzi grupowych i uzależnień, obdarzonej godnością i niezbywalnymi prawami nie tylko jako obywatel, członek społeczeństwa, ale jako osoba ludzka, decydującej samodzielnie o kształcie swojej biografii, mającej do dyspozycji wiele wzorów życia czy kariery, a także ponoszącej wyłączną odpowiedzialność za swoje sukcesy czy porażki”. Niestety żyjąc w danej społeczności, grupie, i określonej szerokości geograficznej, fakt, że źródłem naszej identyfikacji jest przynależność do silnych i stabilnych sieci powiązań społecznych, co może dla indywidualisty oznaczać szereg negatywnych następstw, przynajmniej w obszarach jego formalnego funkcjonowania. Ponieważ w kulturach kolektywistycznych, określanych mianem ,,kultur wstydu” – następstwem wykroczeń społecznych jest nie tylko rzeczony wstyd, ale i tzw. utrata twarzy... Specyfika sankcji wyraża się tu w sformułowaniu „co ludzie powiedzą…”, a jej odrzucenie zawsze wiąże się z  pewnego rodzaju odejściem „…od tradycji i wynikających z niej zależności”. Niejako w nagrodę, za mogący indywidualistę spotykać powszechny ostracyzm, pozostaje mu jedynie świadomość, iż jego indywidualizm stanowi jedną z cech tzw. osobowości nowoczesnej, charakteryzującej się między innymi: potrzebą osiągnięć, nowych doświadczeń, otwartością, czy też gotowością do świadomej samoakceptacji. Zaś skutecznym motywatorem dla jego dalszych działań, przywołanym za D. Majką-Rostek „jest poczucie sprawstwa, oznaczające wiarę we własne siły i możliwości oraz umiejętność zorganizowania sobie własnego życia, bez ograniczającej wiary w tzw. los czy przeznaczenie… Skłonność do podejmowania ryzyka przy jednoczesnej świadomości jego konsekwencji… skłonność do postaw nonkonformistycznych, sprzyjających niekonwencjonalnym zachowaniom. Nonkonformizmowi towarzyszą takie cechy, jak: zredukowana potrzeba uległości wobec innych, ograniczona potrzeba afiliacji…”. 

Współcześnie żyjemy w społeczeństwie mega informacyjnym, w czasach tak dynamicznej globalizacji, że tworzona wokół nas rzeczywistość wydaje się być wspólna dla wszystkich. To jednak mimo wszystko, czy też przede wszystkim nadal jednostka pozostaje największym jej dobrem, co jest w pełni zgodne z postulatami indywidualizmu. Jednak już dość liczne przykłady z codziennego życia pokazują nam, że w ww. nie zawsze pamięta się o jej odrębności, czyli indywidualności każdego z nas. Dlatego dzisiaj możemy uznać za J. Pietraszko, że „Indywidualizm, to nieustanna walka, pomiędzy realizacją własnych potrzeb, a potrzeb innych, to napięcie pomiędzy własnym <<Ja>>, a życiem w grupie”. Zaś „fakt, że nie żyjemy samotnie na pustkowiu, ale zawsze funkcjonujemy wewnątrz jakiejś wspólnoty, grupy zmusza nas do ciągłego decydowania o sposobie, w jaki stajemy wobec tego wewnętrznego konfliktu… mamy wolę, możemy wybierać sposób życia i postępowania, jaki chcemy, jaki jest zgodny z naszym systemem wartości”. 

Indywidualizm jest wartością, niepotrzebującą uzasadnień, mocnych argumentów czy obrony, każdy, kto jest indywidualistą ma wewnętrzną siłę i chęć trwania w swoich poglądach” oraz „…lubi mieć wolność i autonomię w podejmowaniu decyzji. Do efektywnego działania potrzebuje częstych informacji zwrotnych na temat tego, co robi dobrze i źle, lubi być doceniana i zauważana, jako właściciel dobrych rozwiązań i pomysłów”. Niestety dzisiaj w postrzeganiu indywidualizmu i indywidualności dominuje nieco schizofreniczne rozgraniczanie obu tych pojęć. Następuje to zwłaszcza w sferze praktyki. Tzn. w teorii (deklaracjach wszelkiej maści) zazwyczaj jesteśmy za …, ale jak przychodzi czas praktyki…, to następuje (niekiedy bardzo ostro sygnalizowany) zwrot … ku … kolektywowi… i na piedestał wkracza nakaz „dostosowywania” do panujących w danej społeczności norm i reguł… a po indywidualistach, no cóż... zazwyczaj ślad szybko gnie. Dobrze chociaż, że już nikt, jak w średniowieczu indywidualistów (nawet i tych skrajnych) nie pali na stosie, przynajmniej w sposób dosłowny…

W podsumowaniu, zgadzając się w pełni z K. Niewczyńskim pamiętajmy, iż indywidualiści „To ludzie, którzy mają bardzo wysokie poczucie odpowiedzialności oraz sprawiedliwości społecznej. I biorą ją na własne barki, wyręczając pływających w bezkresnym oceanie znieczulicy”. To osoby, które w pełni zdają sobie sprawę, z tego, że „dobre życie” można mieć jedynie poprzez współuczestnictwo w życiu społecznym, ale współudział w nich postrzegają w sposób definiowany, jako w pełni partnerski. No a tam, gdzie mamy deficyty umiejętności zarządczych, czy też relacje interpersonalne w grupie są zaburzone, to powszechna raczej będzie postawa ich negacji. Ludzie boją się indywidualistów” tylko i dlatego, że mimo wszystko mają świadomość tego, że świat zmieniali, zmieniają i zawsze będą zmieniać właśnie indywidualiści... nie grupy, nie kolektyw, czy też ich zbiorowe myślenie. Dlatego też możemy się z indywidualistami nie zgadzać, mogą nas irytować, możemy ich nie rozumieć, ale najgorsze co możemy im zrobić, to świadomie, a niekiedy i z premedytacją im „przeszkadzać”… dlatego też mam prośbę w imieniu wszystkich indywidualistów świata nie przeszkadzajcie … i z góry, ponownie za K. Niewczyńskim „W imieniu wszystkich indywidualistów, dziękuję”.

 

p.s. 

Definicyjnie opisany indywidualista, na zamieszczonym powyżej rysunku, odrzuca koło jeszcze z jednego powodu, poza wspomnianym „r”, otóż podświadomie zazwyczaj neguje wszystko co „obłe” w kształcie… nadmienię, że nie o jakąkolwiek fizyczność wszelkiej krągłości, czy też obłości mi w tym przypadku chodzi…



wtorek, 23 lutego 2021

Siła przebicia...





„Kiedy cham królem balu, wodzirejem prymityw, czas docenić więc siłę przebicia”

M. Polaski 




Na początek, w uzasadnieniu wyboru tematyki napiszę, że poniższy opis stanowić może swoiste uzupełnienie FB postu, zawierającego coś co nazwałam „instrukcją odniesienia sukcesu”… Ponieważ uznałam, że by wspomniane tam trzy elementy… mogły w ogóle zaistnieć, konieczna, czy wręcz niezbędna jest nie tylko dzisiaj, ale była i chyba zawsze będzie … tytułowa SIŁA PRZEBICIA… 

Jej konieczność występowania w dzisiejszych realiach, uświadomił mi dość dobitnie w zaprezentowanym przez siebie utworze o tożsamym tytule, Pan Maurycy Polaski… Polecam jego wysłuchanie szczególnie tym, którzy przynajmniej dotychczas, większego problemu z pokładami własnego optymizmu w patrzeniu na życie nie mieli, ponieważ jego wydźwięk koresponduje dość mocno z nastrojem powszechnie przypisywanym osobom z jednostką chorobową, mającą dzisiaj swój dzień… Także i poniższy opis powstał z kilku powodów i nieprzypadkowo 23 lutego, tym samym, będzie on jedynie umiarkowanie, ale za to realnie optymistyczny…

Na początek zacznę od wyjaśnienia, czym jest tytułowa SIŁA PRZEBICIA, wg Słownika Języka Polskiego, to „umiejętność pokonywania trudności i osiągania wyznaczonych sobie celów”… zatem można by chyba uznać, że tak najprościej, to jest to umiejętność radzenia sobie w życiu, przez co potrzebujemy jej wszyscy… Pojawia się tu jednak pewne, ALE… dostrzegam je także i w powyżej przywołanym przeze mnie utworze… Bo czy dzisiaj w kontekście jakiegokolwiek „sukcesu”... na pewno chodzi o SIŁĘ PRZEBICIA?, czy raczej bardziej o TUPET?, czyli o cechę definiowaną w Słowniku Języka Polskiego PWN, jako „duża pewność siebie i zuchwałość granicząca z bezczelnością”. Jednocześnie wskazującym, że człowiek zuchwały, to człowiek „zbyt pewny siebie i lekceważący innych… bardzo odważny i skłonny do ryzykowania”… Tym samym jest i pozytyw i negatyw tej cechy… dlatego warto pamiętać, że zuchwałość nie jest sama w sobie ani dobra, ani zła, bo dopiero wartości, którymi kieruje się osoba zuchwała nadają jej kierunek. Podobnie zresztą jest i z tytułową siłą… Tę dwubiegunowość oddają w jakimś względzie, także i przywoływane w różnego typu zestawieniach, wyrazy bliskoznaczne do wyrażenia „przebić się”, są wśród nich: wkręcić się, przekraść się, dopchać się, wcisnąć się, wedrzeć się, wepchać się, czy wręcz wkraść się itp., ale są i takie, które odbieramy, jako pozytywne, np.: dojść do głosu, dać się słyszeć, objawić się, wykwitnąć, wykazać się, utorować sobie drogę, przedostać się z trudem, czy też zostać zauważonym, wyróżnić się, zyskać popularność, zdobyć uznanie, osiągnąć sukces, zrobić karierę itp. By nie zniechęcić czytelnika samą objętością opisu, a jednocześnie skłonić do własnych przemyśleń, wspomniane „ALE” pozwoliłam sobie zobrazować stosownymi zdjęciami…, bo czy komukolwiek z nas zależałoby na ponadprzeciętnej sile przebicia … chwastu??? Poza tym to „ALE” jest przede wszystkim, wynikiem troski o to, czy w dzisiejszych realiach jesteśmy w stanie dostrzegać tę cieniutką granicę pomiędzy rzeczywistą SIŁĄ PRZEBICIA, chciałoby się dodać wykorzystywaną w jedynie dobrej i słusznej sprawie, a TUPETEM???  Zwłaszcza z tym w formule dzisiaj nierzadko występującej, a graniczącej z  przysłowiowym „po trupach”…

Tego umiejętnego rozpoznawania obu ww. i jedynie tylko obrazkowo tulipanowej siły… życzę wszystkim czytającym i sobie. A że obiecałam umiarkowany, ale realny optymizm, to jak nam jej zabraknie w realizacji własnych pomysłów i celów, czy też nie zdołamy skutecznie i mimo wszystko, przebić betonowych zazwyczaj murów wszelkich klik, koterii i kamaryl, to idźmy za podpowiedzią kolejnego, fragmentu kabaretowego składu… trzeba otworzyć fabrykę wazeliny, a sukces będzie gwarantowany…

Na osłodę i dla uczczenia międzynarodowego dnia walki z depresją, jak pisał K. Przerwa-Tetmajer „Smutna to epoka, kiedy w życiu publicznym uczciwe zwie się naiwnym, a szczere głupim”, kolejny raz za M. Polaskim, tak trochę mimo wszystko i przede wszystkim zawsze „…...człowiekiem bądź nie łachem”.

niedziela, 31 stycznia 2021

Szatański efekt nomen omen aureoli – czyli słów kilka o efekcie Golema



"Świat okazuje się takim, jak sądzę, że jest” 

Tomasz Grzyb

 

Swego czasu, pisząc o ocenianiu, jako takim, wspominałam już o zjawiskach zwanych „efektem aureoli”, czy też „efektem halo”. Które w literaturze opisywane są już od dobrych kilkudziesięciu lat. Dotyczą one w zasadzie każdego z nas, ponieważ w mniejszym lub większym stopniu wpływają na nasze postrzeganie innych ludzi, stąd dzisiaj są one zjawiskami uznawanymi już za powszechne. Zatem dotyczą także i środowiska pracy oraz zachodzących w nim względem ludzi, procesów zarządczych i do jedynie takich ograniczę poniższy opis.

Efekt aureoli opisywany, jako zjawisko psychologiczne, polega na automatycznym przypisywaniu człowiekowi określonych cech osobowościowych (pozytywnych bądź negatywnych), w oparciu o jedynie pierwsze wrażenie, jakie ta osoba na nas wywarła. Bywa nim określany podstawowy błąd atrybucji, który jest wynikiem automatycznego przetwarzania docierających do nas informacji. Ulegamy mu w mechanizmie zapoczątkowanym już w momencie, gdy dociera do nas jakaś pozytywna lub negatywna informacja, charakteryzująca dowolną cechę danej osoby, która w sposób wręcz automatyczny sprawia, że zaczynamy przypisywać tej osobie również i inne, niedostrzeżone wcześniej właściwości. Dlatego też za istotę tego zjawiska uznać należy dokonywanie pewnych generalizacji i uogólnień na bazie naszego pierwszego wrażenia, charakteryzującym się określonym zabarwieniem emocjonalnym. Powstaje ono na podstawie jedynie naszego jednostkowo, wcześniej nabytego doświadczenia, tym samym jest odczuciem bardzo mocno subiektywnym.

Jak wspomniałam powyżej, efekt halo może mieć zabarwienie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Niemniej z kilku powodów, w tym i własnych doświadczeń, w dzisiejszym opisie uwagę skupię na tym, który … kusi… zdecydowanie silniej… czyli tytułowym, szatańskim efekcie aureoli, niekiedy nazywanym także efektem Golema. Wybór podyktowany był także i tym, że z historii o Golemie, opisanej w mitologii chasydzkiej, jako istocie przypominającej człowieka, ulepionej z gliny i błota, ale pozbawionej duszy, intelektu i mowy, która miała służyć swemu panu, chronić praskich Żydów przed prześladowaniami. Jednak pozbawiona ww. jakże istotnych, człowieczych atrybutów, w wyniku łożonego względem niej „oczekiwania” swego twórcy - pana, w samospełniającym się proroctwie, przynosi mu jedynie kłopoty. Opis legendy o Golemie w mojej ocenie w dość istotny sposób zdaje się być i dzisiaj aktualny, także i z uwagi na to, że obrazuje czytelnikowi, jak blisko siebie znajdują się prawda (w j. heb. EMET) i śmierć (w j. heb. MET) i choć to tylko legenda, to chyba warta uwagi…

Jakie zatem konotacje tytułowego efektu możemy zaobserwować w odniesieniu do środowiska pracy?

Otóż efekt Golema polega na tym, że w pewnych sytuacjach pod wpływem negatywnych oczekiwań innych osób, w tym także przełożonych względem swoich pracowników, ludzie zaczynają zachowywać się tak, jak oczekują od nich tego inni. Na co dzień najczęściej, finalnie skutkuje, to po prostu zahamowaniem dalszego rozwoju pracownika. Uznając, z jakichś bliżej, niedookreślonych powodów, że dany pracownik do czegoś tam się „nie nadaje”, dajemy mu sygnał „jesteś słaby”, mamy względem Ciebie niskie, o ile w ogóle jeszcze jakieś,  oczekiwania. Tym samym skutecznie inicjujemy powstawanie tytułowego efektu. Gdy trafia to na pracownika, nie mającego żadnego, choćby elementarnego wsparcia innych osób, także i w sferze pozazawodowej, finał może być tylko taki, że następuje zupełne zahamowanie jakichkolwiek postępów u takiego pracownika. Postrzegany, jako mniej interesujący, taki któremu stawia się mniej wyzwań, czy też po prostu mniej się od niego oczekuje, nie angażując przy tym zupełnie w zdrowe relacje funkcjonowania grupowego, czy też w sposób zamierzony izolując go od pozostałych członków grupy, jednocześnie dość często krytykując jego zachowanie, w bezpośredni sposób determinujemy w jego umyśle negatywny obraz siebie. Ma to miejsce ze względu na fakt, iż ludzie częściowo tworzeni są przez wyobrażenia innych ludzi o nich samych. Dlatego też, to jak traktujemy pracownika, czy współpracownika na co dzień, jakie mamy do niego nastawienie, ma i będzie miało w przyszłości przełożenie na jego potencjalne sukcesy, a w tym przypadku raczej tylko porażki. Ponieważ wówczas pracownicy stają się mniej zmotywowani, a tym samym mają mniejsze szanse na osiągnięcie jakiegokolwiek celu, wypełniają tym samym samospełniającą się przepowiednie…

Efekt Golema to wynik wpływu oczekiwań względem pracownika, przede wszystkim jego przełożonego, na uzyskiwane przez pracownika efekty w pracy. Dlatego też, gdy przełożeni "prorokują" niską wydajność swojego podwładnego, sami w konsekwencji powodują takie zachowanie, które przewidują – to samospełniająca się przepowiednia... Dla zobrazowania czytelnikowi jak wygląda to w praktyce, posłużę się opisem Rafała Szrajnerta „Menedżerowie, którzy przyczyniają się do efektu Golema, uważają, że niektórym pracownikom brakuje umiejętności, potencjału lub chęci odniesienia sukcesu. Prowadzi to do zmiany stylu przywództwa, w którym menedżerowie mogą:

  • Ustalać wyraźniejsze cele i terminy,

  • Przydzielać bardziej rutynowe zadania,

  • Regularnie monitorują pracowników,

  • Podkreślają kwestie operacyjne zamiast strategicznych.

Bez względu na to, czy zostały wyraźnie zakomunikowane, czy nie (często takie przekonania nie są), menedżerowie dają do zrozumienia swoim podwładnym, że ich zaufanie do nich jest ograniczone”.

Błędne koło zaczyna się toczyć… „Kiedy menedżerowie widzą gorsze wyniki pracownika, mogą podwoić swój apodyktyczny styl zarządzania. W ten sposób cykl sam się podtrzymuje”. 

Negatywne konsekwencje zainicjowanego, szatańskiego efektu, już tylko  przybierają na sile. Pojawia się wówczas najczęściej: brak zaufania i pewności siebie u pracowników, brak wzajemnego zaufania pracowników względem siebie, ale i przełożonych, brak jakiegokolwiek zainteresowania rozwojem danego pracownika, następuje ignorowanie pomysłów danego pracownika i/lub grupy, brak pochwał lub pojawiają się pochwały niezwiązanych z rzeczywistymi osiągnięciami, pojawia się publiczna krytyka danego pracownika, nierzadko wyrażana poza jego obecnością, pojawia się przydzielanie pracownikowi mało ambitnych, „bezpiecznych”, ale nie pozwalających rozwinąć skrzydła zadań, a niekiedy wręcz zadań niedorzecznych, dziwacznych, skutkujących dość często zniechęceniem, a w konsekwencji brakiem poczucia jakiejkolwiek odpowiedzialności pracownika, odnotowuje się zdecydowanie niższą produktywność i efektywność także i grupy, pojawia się niskiej jakości lub zupełny brak feedbacku, przez co pracownik nie wie co robi dobrze, a co mógłby poprawić, często pojawia się ryzyko zachowań oportunistycznych wśród pracowników, czy też brak jakichkolwiek przejawów i chęci do innowacyjnych rozwiązań. Niestety w sytuacjach krytycznych, gdy dany pracownik nie chce stać się … gliniano - błotnym stworzeniem, jedynym na chwilę obecną, skutecznym rozwiązaniem zdaje się być, decyzja o opuszczeniu takiego miejsca pracy, tym samym unikając powielenia losu Golema, którego finalnie unicestwiono.

Choć mamy coraz większą wiedzę na temat tytułowego efektu halo, to w codziennych relacjach międzyludzkich, wciąż niestety ulegamy pokusie przypisywania innym ludziom cech, których oni nie posiadają. I nie ma tutaj większego znaczenia jakie poglądy, wykształcenie, czy też pozycję społeczną zajmujemy. Dlatego też dzisiaj efekty halo, a szczególnie ten o negatywnym zabarwieniu, stanowi poważne wyzwanie dla współczesnej psychologii i nie tylko. Koncentrując się już nie tyle na szczegółowym jego zbadaniu i opisie, ale przede wszystkim próbach wskazania, w jaki sposób minimalizować skutki związane z uleganiem iluzjom efektów halo. Wśród najprostszych metod zaleca się za wszelką cenę UNIKAĆ… i tylko UNIKAĆ... Nie dopuszczajmy zatem do swojej głowy tak okrutnych osądów… że pracownik jest zbyt leniwy, że mało bystry, że nieodpowiedzialny… a co za tym idzie nieprzydatny… najczęściej w tym przypadku ograniczając tę potencjalną jego „przydatność” dla tylko i wyłącznie potencjalnych, naszych korzyści. Niestety zbyt pochopne wyrabianie sobie opinii na temat innych ludzi jest głęboko zakorzenione w naturze ludzkiej i by móc ją ograniczać w relacjach z innymi, warto stawiać na ostrożność i roztropność, by nie widzieć diabelskości, gdzie jej nie ma, a nienaturalnym uśmiechom i anielskości potencjalnych Galatei, nie dawać się omotać. Poza tym na co dzień w kontaktach z ludźmi warto stosować głębszą, jak powierzchowna, analizę ich zachowań, nie ograniczać się do, dość często dzisiaj przekazywanego jedynie zniekształcanego obrazu nakreślonego oczyma czy też opiniami innych osób. Warto pamiętać, że w szerszym znaczeniu efekt Golema może oznaczać samospełniającą się przepowiednię o negatywnym kontekście. Kiedy ktoś jest do nas uprzedzony, traktuje nieprzyjaźnie i nie spodziewa się po nas niczego dobrego, to pod wpływem takiej oceny odwzajemniamy się tym samym, utrwalając w ten sposób wzajemne negatywne nastawienie”.

czwartek, 31 grudnia 2020

W gąszczu życzeń świąteczno – noworocznych… nie bądź osioł buridana...


"Na dłuższą metę decydującym czynnikiem w życiu zarówno pojedyńczego człowieka, jak i narodów okazuje się charakter"

T. Roosevelt


Święta, święta i po świętach… tych dziwacznych, covidowych niby innych, ale jakby i takich jak zawsze… czas biegnie niezależnie od okoliczności i mamy już za chwilę Nowy Rok… a przed jego nadejściem tradycyjnie już nachodzi nas czas podsumowań i postanowień, a że o tych już było trochę więcej we wpisie sprzed roku, to tegoroczny wpis sylwestrowy będzie jedynie w uzupełnieniu zeszłorocznego, o coś co szczególnie w 2020 roku nabrało jeszcze większego, jak dotychczas znaczenia… a mianowicie o … wolną wolę. 

Wg definicji „wolna wola”, to „… zdolność podmiotów do dokonywania wyborów bez ograniczeń ze strony różnych czynników. Spośród czynników o historycznym znaczeniu dla kształtowania się idei należy wymienić ograniczenia metafizyczne (np. logiczny, nomologiczny czy teologiczny determinizm), ograniczenia fizyczne (np. okowy czy więzienie), ograniczenia społeczne (np. groźba kary czy potępienia) i umysłu (np. kompulsje, fobie, choroby neurologiczne czy predyspozycje genetyczne). Koncepcja wolnej woli ma implikacje religijne, prawne, etyczne i naukowe”. 

Dla potrzeb tego wpisu poprzestałam na charakterystykach z obszaru bardziej popularno-naukowych, a nie stricte naukowych, by jedynie uwypuklić znaczenie „wolnej woli” w podejmowaniu postanowień noworocznych…

„Wolna wola” jest jednym z atrybutów każdej osoby. Bez niej byli byśmy robotami, niezdolnymi do podjęcia jakiejkolwiek samodzielnej dobrowolnej decyzji, tym samym nie bylibyśmy zdolni dokonywać jakichkolwiek wyborów. Dlatego wg J. Bremera mówiąc o wolnej woli zdajemy sobie sprawę, że nie chodzi o coś marginalnego, lecz „…o istotę naszego ludzkiego rozumienia siebie i innych. Wolna wola jest podstawą naszego bycia w społeczeństwie, naszych systemów społecznych, politycznych i moralnych. Jest ona nadal zakładana (w różnym stopniu) w wielu systemach prawnych. Bez związanej z wolną wolą odpowiedzialności pojedynczej osoby za swoje czyny trudno by było mówić o dobru i złu, o karze i nagrodzie, o niewinności i winie. Dokonywanie wolnych wyborów odróżnia nas od zwierząt, których postępowanie jest określone przez instynkt i odruchy”

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zawsze znajdzie się ktoś kto doda, że można rozważać, czy wolna wola jest tak naprawdę wolna, czy też jest jedynie iluzją, ale moim zdaniem, nie można kwestionować samej jej wolności, ponieważ etymologia słowa "wola" wskazuje, że jest ona w jakiś sposób wolna. Podając opisową ontologię "woli" za K. Twardowskim można przywołać tutaj terminy: pobudka, postanowienie, czy motyw. Ponadto odróżnia on trzy znaczenia terminu "wola". W znaczeniu najbardziej ogólnym, uznając ją za źródło wszystkich pragnień, pożądań, a nawet uczuć. „Czyli wszystko – co za Arystotelesem – da się jakoś przeciwstawić intelektowi. Wola jest zdolnością do posiadania wszelkich zjawisk psychicznych. W tym znaczeniu rozumie wolę, jako zdolności, A. Schopenhauer - wola, według niego, to istota wszechrzeczy” oraz wola w węższym znaczeniu, postrzegana, jako zdolność do samych pragnień, pożądań, lecz z wykluczeniem uczuć”. W obu ww. znaczeniach „wolę” wg K. Twardowskiego posiadają nie tylko ludzie, ale także i zwierzęta. Natomiast tę w trzecim znaczeniu, postrzeganą jako zdolność do powzięcia postanowień, czy decyzji, o którą, jako uzupełnienie wpisu sprzed roku, o postanowieniach noworocznych szczególnie mi chodzi, są właściwe jedynie dla człowieka, gdyż wymagają one nie tylko rozwagi, zastanawiania się, ale co istotniejsze rozważenia także i wszelkich możliwych ich konsekwencji. Tym samym stawiają naszą ludzką „wolę” na równi z pamięcią, wyobraźnią, czy uwagą. 

Wolna wola” to przede wszystkim możliwość wyboru w sposób świadomy i nieprzymuszony, to wolność wyboru, czy też wolność decydowania. Świadomość, która rozumiana jest jako zdawanie sobie sprawy z własnego istnienia i działania, ale i z istnienia naszego otoczenia. Zaś świadomy wybór to taki, z którego my sami zdajemy sobie sprawę. Oczywiście w realnym świecie zdajemy sobie sprawę, że mogą zaistnieć wokół nas pewne ograniczenia, niemniej człowiek dokonuje swoich wyborów, biorąc pod uwagę warunki, w których żyje, i środki, którymi dysponuje w danym momencie. Istotne przy tym są jego cechy osobowościowe, indywidualne zdolności i umiejętności. Nie bez znaczenia pozostaje także wpływ czynników przez nas nieuświadamianych. Ale nie jest łatwo zaprzeczyć, że w ramach tych możliwości i uwarunkowań bardzo często dokonujemy świadomego, dobrowolnego, przemyślanego wyboru. Że to my świadomie decydujemy, a nie ktoś czy coś za nas. Dostaliśmy, jako ludzie, ten prezent w efekcie ewolucji, a powszechnie nazywa się tę zdolność „wolną wolą” i poza osobami z głębokim upośledzeniem umysłowym, czy też niektórymi schorzeniami psychicznymi, posiada ją każdy człowiek, dlatego postanawiając … nie tylko noworocznie ... korzystajmy z niej do woli, czego czytającym i sobie życzę, poza zdrowiem oczywiście, a tak na koniec w nawiązaniu do tytułowego gąszczu… gdyby nie daj boże, pojawiał się w nas, czy też rósł zbyt duży „osioł Buridana”, to nie zapominajmy, że opisaną powyżej zdolność „wolnej woli” zawsze można na nowo kształtować, czy też w ciągły i systematyczny sposób ją wzmacniać… poprzez … dokonywanie wyboru i decydowanie.

poniedziałek, 30 listopada 2020

Konflikt interesów, czyli słów kilka o podwójnej lojalności

"Żaden sługa nie może dwóm panom służyć.

Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”. 

Łk. 16,13



Konflikt interesów to zjawisko stare jak świat, a przez to nikomu chyba nie jest ono obce…

Przywołany powyżej cytat wybrano mocno nieprzypadkowo, ponieważ ma on na celu uzmysłowienie czytającemu, nie tylko powagę ryzyka płynącego z prób „łapania dwóch srok za ogon”… ale także poprowadzenie jego skojarzeń… w stronę… m.in. wieloetatowości… nepotyzmu ... czy też wszelkiego, innej maści cwaniactwa życiowego (proszę nie mylić z zaradnością), powodowanego najczęściej najzwyklejszą w świecie chciwością.

Dla agnostyków proszę o zamianę słowa "Bogu" na to, co tak każdy woli.

Na początek przywołam definicję tytułowego terminu, zdaniem J.Grynfelder „konfliktem interesów jest każda sytuacja, w której jesteśmy zobowiązani do realizacji celów, których jednoczesne osiągnięcie nie jest możliwe, a w wyniku zewnętrznych okoliczności lub z własnej woli, podejmujemy działania wbrew podmiotowi, wobec którego także powinniśmy zachować lojalność”. W ujęciu encyklopedycznym konflikt interesów „jest to wzajemne przenikanie się interesów własnych i służbowych”. Najczęściej odwołuje się do tzw. podwójnej lojalności *, czyli sytuacji, w której dana jednostka lub podmiot nie są w stanie zachować potrzebnego obiektywizmu, ponieważ ich własny interes koliduje z interesem innych, z którymi również w pewien sposób są związani. W wymiarze ekonomicznym jest „…to zjawisko spowodowane współzawodnictwem o ograniczone zasoby dóbr niesubstytucyjnych, których nie da się reglamentować”. Pojawia się i narasta wtedy, kiedy jeden lub kilku interesariuszy pragnie zaspokoić swoje potrzeby kosztem drugiego. 

Konflikt interesów, wywołany podwójną lojalnością, może dotyczyć przeróżnych, można by napisach wszystkich aspektów naszego życia. Zarówno w ujęciu indywidualnym, jak i zbiorowym (stąd wymiar osobisty, rodzinny oraz grupowy). Może dotyczyć dóbr rzeczowych (np. pieniędzy, czasu, dóbr), spraw proceduralnych (np. sposobu, w jaki powinno przebiegać zebranie), czy też potrzeb psychologicznych (np. zaufania, wzajemnego poszanowania, sprawiedliwości). Może także dotyczyć różnych relacji. W literaturze przedmiotu najczęściej klasyfikowany jest trzyrodzajowo, jako:

  • Potencjalny konflikt interesów – występuje wówczas, gdy działalność osoby może wpłynąć w przyszłości niewłaściwie na jej bezinteresowność, bądź bezstronność; 

  • rzeczywisty konflikt interesów – odnosi się do czynności urzędowych/ zawodowych/ formalnych, wykonywanych w danej chwili, wówczas, gdy w trakcie ich wykonywania osoba podejmująca decyzję dostrzeże własne powiązanie z osobą której dotyczą; 

  • postrzegany/pozorny konflikt interesów – dotyczy wszystkich sytuacji, w których występuje podejrzenie kierowania się osobistymi korzyściami w trakcie wykonywania swoich obowiązków, pomimo iż w rzeczywistości tak się nie dzieje. Wówczas wszelkie próby sprostowania zaistniałego niedomówienia powodują jedynie dalszą utratę wiarygodności. 

Czy jest zatem możliwe zupełne uniknięcie zaistnienia konfliktu interesów? 

Odpowiedź brzmi „NIE”, ponieważ stan wiedzy na dzisiaj uznaje, że „…posiadanie interesu prywatnego jest rzeczą absolutnie naturalną. To, że interes prywatny jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice ma ważną konsekwencję. Mianowicie interes prywatny wpływa na nasze działania zarówno świadomie, jak i podświadomie”. Jedynym panaceum jest nasze staranie się, by go po prostu unikać. Pomocne są przy tym, stosowane na co dzień, trzy poniższe zasady:

  •  Równego traktowania stron, z dopiskiem: zawsze i wszędzie oraz 

  • Bezinteresowności, która „oznacza, że przy wykonywaniu czynności służbowych nie jesteśmy interesowni, a więc że nie kierujemy się interesem osobistym, nie oczekujemy z tego tytułu korzyści dla siebie, swoich najbliższych czy przyjaciół”;

  • Bezstronności, która oznacza „że sprawy załatwiamy bez osobistych preferencji dla którejkolwiek ze stron postępowania, że załatwiamy je w sposób transparentny, stosując zasadę równego traktowania stron i uczciwej konkurencji”.

Dobrą metodą, weryfikującą ryzyko wystąpienia jakiegokolwiek konfliktu interesu jest: każdorazowo zastanowienie się jak byśmy się czuli w okolicznościach, gdy dane zdarzenie, sytuacja lub relacja została by przedstawione publicznie? Czy też co byśmy czuli, gdybyśmy taką opowieść przeczytali o kimś innym? Czy bylibyśmy oburzeni i zniesmaczeni, czy też wzruszylibyśmy ramionami? Do katalogu metod unikania konfliktu interesów można także zaliczyć m.in.: zachowanie niezależnie od okoliczności, równego, profesjonalnego dystansu do wszystkich interesariuszy, wystrzeganie się wszelkich decyzji mających, choćby najmniejsze znamiona nepotyzmu, a nade wszystko skutecznie się samoograniczać w korzystaniu, niekiedy nawet i z należnych nam przywilejów. Ponadto, pamiętając słowa Damus petimusque vicissim” [Dajemy i prosimy o wzajemność], nie należy wchodzić w jakiekolwiek relacje, rodzące w nas poczucie wdzięczności wobec osób, czy też podmiotów, organizacji, których jakiekolwiek sprawy możemy w przyszłości potencjalnie załatwiać, bo każda taka sytuacja może prowadzić do zaistnienia patologii.

W podsumowaniu, mając na uwadze trzy ww. rodzaje konfliktu interesów, należy uznać, że nie zawsze konflikt interesów prowadzi do realnych nadużyć. To nierzadko modelowy przykład sytuacji, która mimo, że nie jest jeszcze sprzeczna z prawem, to jej ujawnienie, zazwyczaj nadaje danej sprawie/sytuacji swoistego kolorytu. Niestety dla jej uczestników jednoznacznie, negatywnego. Jest on tym groźniejszy, im wyżej stoimy w hierarchii danej organizacji, czy też, im bardziej publiczne stanowisko piastujemy. Zawsze natomiast, tak jak i każdy konflikt, idzie zwykle w parze z brakiem elementarnego poszanowania zasad etyki, łamiąc niejeden kręgosłup moralny po drodze, czy też po prostu jest wyrazem braku zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, tym samym jest prostą drogą do erozji dotychczasowego zaufania. Dlatego też największą rolę w przeciwdziałaniu skutkom występowania konfliktu interesów odgrywa nasza jednostkowa, obywatelska świadomość oraz ogólna kultura, w tym także i prawna, całego społeczeństwa w tym obszarze. Ponieważ nawet najlepsze, najdoskonalsze regulacje nie będą skuteczne, tam gdzie będzie społeczne przyzwolenie na ich występowanie, a zatem… jak zawsze zaczynajmy od siebie.... 

* tekst o lojalności (SIPiP "Wiadomości w czepku" nr 1(126) styczeń-marzec 2018 s. 14)

W uzupełnieniu dla zainteresowanych polecam poradnik „Konflikt interesów. Czym jest i jak go unikać”, opr. przez M. Wnuka i in.

czwartek, 29 października 2020

Decyzje... Być może nie tylko październikowe

"Nie ma sytuacji, w których nie da się nic zrobić, zawsze można zrobić coś dobrego…"


Nie wiedzieć kiedy, w tym chaosie codziennych, nie tylko covidowych wydarzeń, mija mi kolejny miesiąc. A że ograniczenia fizyczne mocno mnie spowolniły ruchowo, to skutkuje to „stety” lub niestety znaczącym nadmiarem energii pożytkowanej na myślenie. Pamiętając, że jeden z bohaterów Sapkowskiego, to myśleniu właśnie przypisuje całe zło tego świata, mam przy tym niepokój, a może nawet i coś na miarę lęku, ponieważ fakt, że wspomina przy tym „…że zwłaszcza w wykonaniu ludzi całkiem ku temu niemającym predyspozycji”, w moim przypadku, zasiewa jedynie dodatkowe rozedrganie emocjonalne, bo zaczynam sobie każdorazowo zadawać pytanie: czy aby ja całkiem czy tylko trochę tej predyspozycji nie mam, czy choć trochę jednak mam…?

Te i kilka innych czynników spowodowały, że dość często w ostatnich miesiącach „rozmawiam z Profesorem”. Było w tym roku już kilka takich rozmów, bo i rok inny jak ostatnie. Było o etyce nauczyciela…, były rozterki z serii: być, czy mieć…, a teraz moje myśli biegną i wirtualnie te dysputy podejmuję już kilkukrotnie, przede wszystkim z uwagi na ważność decyzji, która może okazać się tą z grupy: życiowych… Niestety tym razem nie mogąc, jednocześnie spacerować w cudnych, jesiennych okolicznościach przyrody cmentarnego parku, nagromadzona energia długo nie pozwalała mi konstruktywnie zebrać myśli i zdecydować, czy w obecnych okolicznościach powinnam sformalizować swój status zawodowy i dopełnić obowiązku zdeponowania w siedzibie samorządu, po 25 latach od jej uzyskania, tej niepozornej, a jakże dzisiaj cennej, granatowej książeczki… Odwlekając ten fakt nieco w czasie, już poraz kolejny, to trochę los zdecydował za mnie, czy też pomógł mi w tym wyborze, bo w mojej obecnej kondycji fizycznej, jedyny sposób w jaki mogłabym wykorzystać tę ww. książeczkę, to „zająć jedno z łóżek szpitalnych”, które dzisiaj są bez mała już na wagę złota. Chaos wokół sektora ochrony zdrowia, ale i nie tylko, który coraz częściej zdarza mi się obserwować spowodował, że uznałam, iż ten czas już nastał… i od wczoraj by nie myśleć „czy?” to dobra decyzja, próbuję tradycyjnie już uwagę przekierować na „jak?” w tej mojej obecnej sytuacji mogę „zrobić coś dobrego”… Burza mózgu własnego została już uruchomiona… Na początek ocena czym dysponuję, mam: dwie w miarę sprawne ręce, nomen omen na dzisiaj, to prawa jest nieco sprawniejsza, głowę mam, gdy nie boli, to jest całkiem przydatna, a do tego z dość sowicie zaopatrzonym zapasem materiału potrzebnego do myślenia (ale to moja subiektywna ocena). Poza tym te sprawne ręce dają radę utrzymać nie za ciężki sprzęt (tzn. nie za dużych rozmiarów, bo na leżąco duży przygniata), z dostępem do Internetu, a więc i świeże paliwo do myślenia jest (puki co) dostarczane, a i jeszcze nie za „ciężką” w swojej masie książkę utrzymam, a to taki …olej napędowy… do... myślenia dalszego... więc może uda mi się jednak jakoś, to wszystko przetworzyć na jakieś, bliżej niedookreślone jeszcze „dobre”… czas pokaże. A jeszcze zapomniałabym... Mam otwartość (wbrew niektórym, zupełnie nietrafionym opiniom) udało mi się także upchnąć w tych swoich „głowowych” zapasach, to chętnie zaadoptuję pomysły, te realne, podsunięte mi przez czytających te słowa… 

Zatem może do … kontaktu …

środa, 30 września 2020

Czy to już… pracoholizm?


ycie polega na ustaleniu odpowiedniej proporcji pomiędzy pracą a wypoczynkiem” 

J. Pilch


O wyborze tematyki zdecydowały przede wszystkim dzisiejsze realia, czy też innymi słowy „covidowa rzeczywistość”…

A zatem będzie słów kilka o pracoholizmie…

Pracoholizm jest uzależnieniem polegającym na odczuwaniu przymusu pracy oraz silną, nie podlegającą kontroli potrzebą pracy”. Wg Woronowicz „jest to stan uzależnienia od wykonywanej pracy, powodujący zaburzenie równowagi między istotnymi elementami życia codziennego”. Mówimy o nim wówczas, kiedy związek jednostki z jej pracą stanowi poważną konkurencję dla innych ważnych związków, kiedy praca staje się źródłem większej satysfakcji niż np. życie rodzinne, czy też inne dotychczasowe relacje i zamiłowania. Nie każda pracowita i zaangażowana w swoją pracę osoba, to pracoholik. W przypadku pracoholika, praca przez niego wykonywana, traktowana jest jako dobro najwyższe. Z niekiedy zupełnym pominięciem innych ważnych wartości (np. rodziny, zainteresowań, odpoczynku), przez co daje osobie uzależnionej, możliwość potwierdzenia swojej wartości w oczach innych. Pracoholik to osoba, która wręcz odczuwa stres i poczucie winy w chwilach wolnych od pracy, np. na urlopie. Można zatem uznać, iż pracoholizm to swoista iluzja dostarczenia pewnych gratyfikacji, tj.:

  • potwierdzenie własnej kompetencji,

  • podwyższenie poczucia własnej wartości,

  • wygodny, skuteczny i usprawiedliwiony sposób ucieczki od problemów osobistych lub rodzinnych,

  • skuteczny sposób redukcji nieprzyjemnych lęków i napięć związanych z obawą porażki,

  • wyraz ekscytacji poznawczej i kreatywności.

Według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10, aby zdiagnozować pracoholizm, wystarczy stwierdzenie trzech spośród poniżej wymienionych kryteriów:

  • wzrost zaangażowania pracę – zarówno pod względem ilości czasu, jak i sił,

  • skoncentrowanie na pracy myśli, celów i wyobraźni,

  • utrata kontroli nad swoim zachowaniem – brak obiektywnej oceny na temat tego, ile czasu rzeczywiście jest poświęcane obowiązkom zawodowym,

  • niezdolność do zaprzestania pracy, w przypadku prób – pojawiający się lęk i napięcie,

  • zmniejszenie satysfakcji z pracy,

  • nawroty zaburzenia, problemy zdrowotne i kłopoty w funkcjonowaniu społecznym.

Sprzymierzeńcem pracoholizmu poza względami organizacyjnymi, tj.: braki kadrowe, a zatem  zwiększone wymagania związane z dyspozycyjnością pracownika, jego elastycznością, ruchomy czas pracy, czy wręcz zła organizacja pracy, mogą być także np. konsumpcyjny tryb życia, czy też coraz większy materializm. Stąd aktywność pracoholików, aczkolwiek pozornie korzystna także i dla pracodawcy, w dłuższej perspektywie wiąże się z licznymi negatywnymi konsekwencjami, do których należą m.in. zwiększona absencja, przejawy wypalenia zawodowego, problemy zdrowotne i obniżona efektywność. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż ryzyko uzależnienia od pracy zwiększa się, wówczas, gdy niektóre potrzeby nie zostają zaspokojone, np. te w obszarze osobistym, a wobec braku akceptacji własnej osoby dochodzić może w takich warunkach do poszukiwania innych możliwości zaspokajania tych potrzeb, sprawdzania się i „wykazania się” w inny sposób, czyli w tym przypadku, poprzez nadmierne zaangażowanie się w pracę zawodową.

Pracoholizm to proces, którego przebieg można podzielić na trzy fazy: wstępną, krytyczną, oraz chronicznego uzależnienia. W literaturze można znaleźć wiele jego klasyfikacji, ja posłużę się autorstwa Robinson, która wyróżnia różne typy pracoholizmu, zależnie od stylu pracy, tj.: typ z bezustanną pracą, naprzemienne występowanie przymusu pracy i jej unikanie, typ z ciągłą potrzebą zmiany aktywności, z nadmierną koncentracją na detalach pracy oraz ze stałym pomaganiem w pracy innym. 

Dla zainteresowanych zjawiskiem pracoholizmu wśród pielęgniarek/pielęgniarzy w Polsce polecam w uzupełnieniu:


1.The extent of workaholism in a group of polish nurses


2.Zjawisko pracoholizmu w środowisku pielęgniarskim w Polsce


W zamian podsumowania, przywołam często pojawiające się w literaturze zdanie „pracoholizm jest jedynym społecznie akceptowanym uzależnieniem, a zachowania pracoholików są niekiedy wręcz cenione i szanowane”… hm… a cóż mamy obecnie w ochronie zdrowia??? Pozostawiam odpowiedź czytającym i zostawiam z własnymi przemyśleniami…

Niemniej nie zapominajmy, że mimo, że jest to tak „dobrze ubrane”, to jednak zawsze jest to uzależnienie… niosące ze sobą szereg konsekwencji, nie tylko dla osoby pracoholika, ale i jej otoczenia. Pracoholik, w odróżnieniu od tzw. ludzi sukcesu, czy też „karierowiczów”, jest dość często ofiarą swojego perfekcjonizmu, nigdy nie odczuwa prawdziwej satysfakcji z osiągnięcia celu („szczytu”) i nie potrafi cieszyć się ze swoich osiągnięć, a stąd już bardzo blisko do pełnoobjawowego „wypalenia zawodowego”…