poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Rozmyślania z końca lata…




„Nie należy lekceważyć drobnostek, 

bo od nich zależy doskonałość” 


Michał Anioł



Koniec sierpnia od lat kojarzył mi się z końcem mojego właściwego urlopu, ale i dziwacznym, podświadomym identyfikowaniem przeze mnie końcem roku… 

Dzisiaj, pomimo, że obecny rok, nieco odstaje od poprzednich, nie tylko w obszarze reguły mojego, pourlopowego powrotu do pracy, to prawdopodobnie przez lata wypracowane nawyki „końcoroczne” są tak silne, że i tym razem doszły do głosu, który dość dobitnie mi nakazuje USIĄŚĆ, ODETCHNĄĆ I POMYŚLEĆ PO CO ŻYJĘ… w tej właśnie kolejności.

Od razu uspokoję zatroskanych, że słyszalność ww. głosu, to jedynie metaforyczne ujęcie urlopowego zwolnienia tempa codziennego życia, a nie wynik (tak mi się przynajmniej wydaje), jakiegoś schorzenia z obszaru psychiatrii. 

Dotychczas, największym wyzwaniem dla mnie w ww. trzyetapowym nakazie było przejść etap „odetchnąć”, ale życie bywa zaskakujące i obecnie trudności pojawiają się już na etapie „usiąść” i to nie jedynie warunkowane moją osobniczą nadekspresją. Jak się okazuje, pozycja leżąca, na dłuższą metę nie wszystkim odpowiada… Niemniej można, przynajmniej okresowo, uznać ją za właściwą dla realizacji nakazu… i przejść do etapu „odetchnąć”… wszak wg C. Myss „Dusza zawsze wie co zrobić, żeby się uleczyć. Wyzwaniem jest wyciszenie umysłu”. Oj tak, to prawdziwe wyzwanie dla mnie, jako osoby chorobliwie wręcz, ciekawskiej świata. Królestwo za wyciszenie… Niestety, mimo, już kilkutygodniowego stosowania w praktyce zasady, gdzieś przeczytanej „do południa robię nic, … a później wolne”, czy też literacko ujętej przez E. M. Ciorana „Co pan robi od rana do wieczora? Znoszę siebie”, to zupełne „wyciszenie się” w moim przypadku, a do tego w obecnym stanie ciała, ale i po trosze ducha, bo przecież „w zdrowym ciele zdrowy duch”, wydaje się być nie tylko trudne, jak w przypadku, „usiąść”, ale tutaj wręcz niemożliwe. By jednak móc przejść do kolejnego obszaru „pomyśleć…”, bo kolejność ma tym razem znaczenie, powtarzam sobie jak mantrę słowa J. Lennona „Jeśli marnowanie czasu daje Ci radość, to nie jest to czas zmarnowany”. Oddaję się zatem z lubością zdaniem naszej noblistki, W. Szymborskiej najpiękniejszej zabawie, jaką sobie ludzkość wymyśliła i …czytam książki…(i nie tylko), także i dlatego, by zachować choć odrobinę opisywanej przez B. Franklina rzeczy, niezbędnej każdemu, jakim jest „Zdrowy rozsądek to rzecz, której każdy potrzebuje, mało kto posiada, a nikt nie wie, że mu brakuje…”. By móc zachować jak najdłużej choć tę posiadaną jego odrobinę, przywołuję sobie w pamięci zdanie E. Tolle „Panowanie nad życiem, to nie kwestia sprawowania kontroli, lecz znajdowanie równowagi pomiędzy tym, co ludzkie, a Byciem”, a skoro wg J. Korczaka „…Bycie w świecie sprowadza się do śmiesznej smutności i smutnej śmieszności”, dlatego też zdaję sobie sprawę, iż nie należy nazbyt przejmować się tym, co nieodwracalne, tylko dlatego, że już się zdarzyło, uznając przy tym, za A. France, że każde „doświadczenie płynące z naszych błędów czyni nas lepszymi”. I przy takim założeniu, docieram do etapu „pomyśleć po co żyję”, może nie skupiając się nazbyt na fragmencie „po co”, ponieważ za G. Herlingiem-Grudzińskim uznaję, że „Człowiek nie może żyć, nie wiedząc, po co żyje”, a raczej na myśleniu samym w sobie, wszak jak mawiał Cyceron „Żyć – to myśleć”,  czy też w odniesieniu go do myślenia o życiu, to raczej pytając „jak?”, bo przecież zdaniem Plutarcha „Trzeba żyć, a nie tylko istnieć”. Są w tym myśleniu i pułapki, przypomnę za L. Nowarą, że „Bóg dał człowiekowi rozum, za to diabeł – myśli”, zatem i czujność przy ich formułowaniu, naszych własnych myśli jest jak najbardziej zalecana, a zgodnie z maksymą Lao Tse „Bądź cierpliwy. Poczekaj, aż kurz opadnie, a woda się uspokoi. Nie idź naprzód, dopóki nie pojawi się właściwe rozwiązanie”.

Realizacja nakazu tym razem, tak jak przy postanowieniach około noworocznych, i u mnie, skutkuje każdorazowo sformułowaniem czegoś na ich miarę, więc będzie ono na finał…

Poza tym z czytania mam korzyści, dlatego nie będę się silić na formułowanie swoimi, być może mało zgrabnymi zdaniami, czegoś na miarę wniosków, a przywołam zdania kilku Autorów, odnotowanych w mojej pamięci w tym tytułowym rozmyślaniu z końca lata… 

- „Kiedy nauczysz się być własnym przyjacielem, nigdy nie będziesz sam” [Y. Golan],

- „Większość rzeczy pilnych nie jest ważna, a ważnych nie jest pilna” [D. Eisenhower],

- „Miej nadzieję na lepsze, przygotuj się na najgorsze” [K. Blake],

Poza tym nabieram pewności, że właściwa droga i łatwa droga zdają się nie biec tą samą ścieżką, dlatego przyjmuję (trochę na pocieszenie), za L. Brown, że „Jeżeli robisz to, co łatwe, Twoje życie będzie trudne. Jeżeli robisz to, co trudne, Twoje życie będzie łatwe” i co przy tym ważne „Nie musisz być mistrzem w czymś, żeby zacząć, ale musisz zacząć, aby być mistrzem”. Niestety w miarę upływu lat, wydaje mi się (a może tak już jest), że „Coraz więcej rzeczy rozumiem, lecz coraz trudniej mi przychodzi wyrazić to w słowach” [za S. Kisielewskim].

W podsumowaniu powakacyjnych rozmyślań, stan na dzień dzisiejszy, stwierdzam, że „Jestem tam, gdzie powinnam być” [za K. Blixen], a w ramach tegorocznych postanowień przyjmuję jako swoje na najbliższy i nie tylko rok, jako postanowienie „Każdego dnia rób jedną rzecz, która Cię przeraża” [za E. Roosevelt], pamiętając przy tym, słowa L. Knabita „Nikt nie jest byle jaki i niech to zobowiązuje mnie do tego, żeby wszystko, cokolwiek czynię, też było jakieś…” oraz jako przestrogę, przesyłam słowa znalezione w Internecie, już nie tylko dla siebie, ale i innych, „Ptak siedzący na drzewie nigdy się nie boi, że gałąź pod nim pęknie, bo swoje zaufanie lokuje nie w pojedynczej gałęzi, ale raczej w swoich własnych skrzydłach…” więc dbając o swoje, zalecam i innym samodbałość o...


środa, 29 lipca 2020

Recepta lub przepis* na … dobre życie *można sobie wybrać

Mając na uwadze, że okres wakacyjny już trwa... (tak tak, to dla tych którzy perspektywy własnego urlopu jeszcze dość długo nie dostrzegą), postanowiłam, że ten wpis będzie z serii: dla wszystkich, ale i „krótko i na temat”, a co z tego wyjdzie zobaczymy… oby było choć na temat (patrz tytuł)…

Kilka dni temu w zasobach internetowych wpadł mi w oczy rysunek, który wówczas (a jakże) udostępniłam na swoim profilu fb. Przedstawiał on „6 ZASAD DOBREGO ŻYCIA”, które dzisiaj postanowiłam nieco szerzej opisać, w odniesieniu do swojego ich  rozumienia. Tak jak i przy pierwszym wzrokowym ich odbiorze, uznałam, iż słowem kluczem, dla „całości” jest ROZUM, w podstawowym, słownikowym jego znaczeniu, czyli rozumianym jako „właściwą człowiekowi zdolność myślenia, poznawania świata”, czy też po prostu „umiejętność radzenia sobie w życiu”. W poniżej prezentowanym opisie, klasyfikując wspomniane sześć zasad dobrego życia, zaczynam ponownie od … właśnie terminu „rozum”:

  1. Zawsze używaj rozumu. Czym jest rzeczony rozum już wspomniałam, pozostaje jeszcze wyjaśnienie rozumienia „zawsze”, czyli „w każdym momencie i sytuacji, bez przerwy”… no chyba, że tylko na sen. Tym samym doradzam „Nie przestawaj się uczyć, bo życie … nie przestaje dawać lekcji”, a korzystając ze słów A. Einsteina poszerzam nieco znaczenie rozumu, wszak „Każdy głupi może wiedzieć. Sedno to zrozumieć…”.

  2. Pogódź się z przeszłością, a nie będzie zatruwać ci teraźniejszości. Przede wszystkim dlatego, że jak będziesz rozpamiętywał/-a, to co było, to w międzyczasie możesz stracić z oczu, lub nie dostrzec, tego to co niesie przyszłość, tego co może jeszcze się wydarzyć. Przecież  „Nie zostaliśmy obdarowani dobrym lub złym życiem. Zostaliśmy obdarowani  życiem. I tylko od nas zależy czy uczynimy je dobrym lub złym…” dlatego ważne, jak mówił S. Jobs „Musisz odnaleźć to, co kochasz. Dotyczy to zarówno pracy, jak i życia prywatnego”, im szybciej tym lepiej, ważne by nie przestać szukać.

  3. Nie porównuj swojego życia z cudzym. Nie wiesz, jaką cenę za nie płaci. Przecież „Każdy z nas ma swoją drogę w życiu. Inni mogą iść razem z Tobą, ale nikt nie może przejść jej za Ciebie”, za C.G. Jungiem zacytuję „But, który pasuje na jedną stopę, uwiera inną. Nie ma jednego przepisu ma wspaniałe życie, który odpowiada każdemu”. Dlatego „Rób to, co kochasz. Nieważne, jak dobrze to robisz. Ważne, ile radości Ci to sprawia”, czy też po prostu „Rób więcej rzeczy, które powodują, że zapominasz zajrzeć do telefonu”. 

  4. Czas leczy niemal wszystkie rany. Daj sobie czas. Przecież „Niezależnie od tego, co się wydarzyło poprzedniego dnia, ptaki zawsze zaczynają dzień radosnym ćwierkaniem” i jak mawiała K. Butler „Zachody słońca dowodzą, że bez względu na to, co by się działo, każdy dzień może zakończyć się w piękny sposób”. Więc za G. Whitleyem „Przypominaj sobie każdego ranka, że jesteś tu na ziemi z jakiegoś powodu. Masz talenty i cechy, które mogą przynieść dużo dobra innym”. 

  5. Co inni powiedzą o tobie, to nie Twój interes. Za sugestią Dante Alighieri „Idź swoją drogą, a ludzie niech mówią, co chcą”,  wszak „Jeżeli chcesz poczuć się fatalnie, posłuchaj, co mówią o tobie inni”, te słowa K. Kampy warto jeszcze uzupełnić o „Nie mów o sobie źle, inni zrobią to lepiej”. Dlatego też „Nie marnuj czasu na ciągłe wyjaśnienia. Ludzie słyszą to, co chcą słyszeć i wierzą w to, w co chcą wierzyć”. A w patowych, plotkarskich okolicznościach „Bądź jak rzepak – olej wszystko i rozkwitaj”. 

  6. Nikt nie jest odpowiedzialny za Twoje poczucie szczęścia, tylko Ty. „Szczęście jest emocją, spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne”, zatem jest bardzo „nasze”, a skoro jest tak bardzo indywidualne, to i bardzo subiektywne. Powtórzę jak mantrę, za mistrzem Szeng Jen „Twój los leży w Twoich rękach, poleganie na kimś innym jest głupotą”.

By spełnić obiecane na wstępie …„krótko i na temat”, tym razem w ramach podsumowania, załączę kolejną grafikę z tytułowym RECEPTO PRZEPISEM NA DOBRE ŻYCIE...

(z serii: znalezione w Internecie)

A w jej uzupełnieniu, ale także i ku przestrodze, jeszcze kilka cytatów:

Ad. 1.

Bądź… ponieważ „Nikt nie jest zobowiązany, by kogokolwiek lubić, ale istnieje pewna rzecz, o której warto pamiętać - szacunek”, ponadto zawsze, a może i przede wszystkim, szanuj sam siebie i pamiętajmy o słowach W. Eichelbergera „Szanujmy granice drugiego człowieka. Nawet jeśli on sam swoich granic nie szanuje”.

Ad. 2. 

Bądź… mimo wątpliwości wyrażonych słowami J. Lennona „Bycie szczerym może nie da Ci zbyt wielu przyjaciół. Ale zawsze da Ci tych właściwych”, ponieważ po prostu warto być…, zawsze… i mimo wszystko.

Ad. 3.

Bądź… i nie zapominaj nigdy, pomimo, że zdaniem M. Latosa, to bliżej niedookreślone coś jest „dosyć trudne w zrozumieniu, trochę enigmatyczne…, które każdy interpretuje na potrzeby chwili. I lepiej go nie używać. To odpowiedzialność. O niej często zapominamy”, a nie powinniśmy, choćby dlatego, że stanowi ona warunek dla naszej wolności, wszelakiej…

Ad. 4.

Bądź…, niemniej z tyłu głowy niech pozostają słowa A. Dumasa, że „Są przysługi tak wielkie, że można je spłacić tylko przez niewdzięczność”.

Ad. 5.

Bądź…, nie zapominając jednak o słowach T. Sheltona „Nie każdy jest Twoim przyjacielem…” chciało by się dodać niestety. Ale przecież nie w ilości, a jakości jest prawdziwa ich siła (patrz ad.2).

Tym samym przedurlopowo, urlopowo, czy tez już i pourlopowo polecam kompleksowe zastosowanie tytułowej recepty/przepisu na…, najlepiej niezwłocznie, już od dzisiaj…

sobota, 27 czerwca 2020

Kolorowa czarno – biała codzienność…



„Kto patrząc w świat nie widzi nic, ten ślepy, choć ma oczy.
I cóż wart jest taki widz, co patrząc w świat nie widzi nic”.
Z aforyzmów chińskich R. Kwiatkowskiego

Z okazji malutkiego, jednorocznego jubileuszu moich blogowych wpisów, postanowiłam napisać słów kilka na temat … widzenia… 
Tym razem, tak jak i wcześniej, wybór tematu nie był przypadkowy, choć w odróżnieniu od poprzednich, mniej dyktowany był bieżącymi zdarzeniami. W znacznym zaś stopniu jest efektem kształtujących się u mnie wieloletnio, dwóch elementów, otóż…
Oko ludzkie, oczywiście zaraz obok … nerki, już dość dawno temu, stało się, w tym jakże bogatym katalogu, anatomicznych składowych organizmu ludzkiego, moim ulubionym obiektem zainteresowań, nie tylko zawodowych… Być może była to podświadomie dyktowana konieczność dla tak ciekawskiej osobowości, lubującej się, niekiedy wręcz chorobliwie, obserwacją otaczającego świata, a być może… była jedynie wynikiem wrodzonej dbałości i staranności, wykazywanej przy każdym podejmowanym działaniu, a zatem i ww. obserwowaniu świata również. Zatem dbając, o bogate, techniczne zaplecze, wnikliwego obserwatora świata, zgromadziłam niezbędną mi wiedzę, by móc obiektywizując osąd (na tyle na ile jednoosobowo, jest to możliwe), sformułować wniosek (oby jeszcze nie końcowy), stanowiący jednocześnie tytuł tego wpisu. Jego uzasadnieniem natomiast niech będzie poniższa treść.
Z wiedzy anatomicznej wiadomo, że podstawą warunkującą widzenie barwne u ludzi, jest obecność w siatkówce czopków – trzech jego rodzajów. Każdy z nich jest najbardziej wrażliwy, na tylko jeden spośród trzech zakresów barwy: niebieskiej, zielonej lub czerwonej. Warto jednak nadmienić, że zakresy te zachodzą wzajemnie na siebie, co umożliwia nam widzenie palety wszystkich, możliwych barw. A jak do tego dodamy jeszcze wiedzę, że oko ludzkie jest w stanie widzieć ok. 10 mln różnych ich odcieni, to… może być naprawdę kolorowo… Jednak nie zawsze jest, bo niestety oko ma ograniczoną rozdzielczość barw, tzn. czasem nie jest w stanie dostrzec różnicy występującej między dwoma barwami o różnym widmie traktując je jako takie same. Oko ludzkie, jak i ludzie w ogóle, wykazuje różny stopień wrażliwości… na określoną barwę… Może dlatego, każdy z nas ten sam obraz widzi nieco inaczej… o czym dość często w naszym codziennym biegu, zdaje nam się zapominać. Przecież widzieć świat inaczej…, to nie znaczy gorzej, to znaczy widzieć go po swojemu, bo wrażenie barwne definiowane jest nie tylko przez barwę, ale i jej jaskrawość, czy też  nasycenie. Stąd bierze się różnica między „patrzeć”, a „widzieć”. Chciałoby się powiedzieć „patrz na życie tak, żeby niczego nie przegapić”, czy też po prostu „chciej widzieć”. Ale to czy chcemy „widzieć” zależne jest przede wszystkim od „jakości” naszego patrzenia, ale i myślenia…a nie tylko i wyłącznie od ilości widzianych barw. Sama ilość, niestety i tym razem, nie przekłada się nam w jakość. To tak jak z opisaną przez J. Pilcha znajomością języków obcych „Są ludzie, co mówią wieloma językami obcymi i w żadnym z tych języków nie mają nic do powiedzenia”. W tym przypadku ten ilościowy nadmiar, prowadzi do tego, że każdy widzi, co chce widzieć. Natomiast w skrajnych przypadkach, może nas doprowadzić, do co najwyżej… oczopląsu. Dlatego, w sytuacjach o zdecydowanie wyższym, jak przeciętny poziom złożoności, czy też tych z grupy najwyższej wartości dla każdego człowieka, niezależnie od szerokości geograficznej w jakiej żyje, stosuję w swoim widzeniu świata jedynie dwubarwną paletę barw. Ograniczając się w swoim widzeniu do tylko, albo aż dwóch kolorów białego i czarnego. Ale za to z dostrzeganiem wówczas, znacząco ponadprzeciętnym poziomem ich jaskrawości i nasycenia. I proszę nie mylić tego odczucia z postrzeganiem wszelakich odcieni szarości. Szarość, to barwa jak każda inna, niemniej w moim widzeniu świata, przypisuję ją do wszelakiej maści „nijakości, czy też bylejakości”, czyli wybiórczego widzenia świata, widzenia jedynie tego co chcemy, czy też warto nam widzieć, a wówczas to, zgadzając się z M. von Ebner – Eschenbach „…osiągnęliśmy duchową ślepotę”. Szarość, to kolor widzenia świata, osoby chcącej wtopić się w coś… grupę, tłum, czy rzeczywistość. I proszę nie identyfikować tego opisu z barwą np. odzieży, to jedynie barwa odnosząca się do sposobu „patrzenia na świat”. Zdarzyło mi się kiedyś usłyszeć, od osoby widzącej świat na szaro-pstrokato, „że świat nie jest czarno biały, a dostrzeganie szarości, to przejaw dorastania”. Już wówczas miałam pewność, że w takim razie, ja nie chcę dorosnąć nigdy… 
Moje zero jedynkowe patrzenie na świat, zalecam i innym, ułatwia ono swoiste oddzielenie „ziarna od plew”. Pozwala na jednoznaczne określenie, tego co jest dobre, a co złe. A poza tym wiadomo przecież, że jednoczesne pobudzenie wszystkich trzech rodzajów czopków w ludzkim oku wywołuje wrażenie widzenia bieli… a zatem, jak mówią słowa piosenki „Gdy koloru brak, to wszystko jest proste”. Kolejny raz przywołam słowa J. Pilcha „Trywialna jest to wiedza i nikczemny jest powód jej przywoływania, ale jak atakują analfabeci – trudno – trzeba się bronić abecadłem”, dlatego nie próbujmy sztucznie koloryzować codzienności, o ile w naturalny sposób kolorowa nie jest… Przerobiliśmy już „malowanie trawników na zielono”, więc powinniśmy też i wiedzieć, że by mieć trwały efekt końcowy, w tym przypadku „zielony trawnik”, należało sprowadzić nasze widzenie, do poziomu czarnego i białego koloru, uznając że czarnym, jest „trawnik do niczego”, białym „należy posiać nowy”.
Dzisiaj, będąc w tym miejscu w którym jestem, mając tę wiedzę którą już mam, mogę z czystym sumieniem, jednoznacznie stwierdzić: widzenie świata, czy też naszej codzienności nie jest ani białe, ani czarne, ani nawet kolorowe, bo wszystko jest takie, jakie jest… w rzeczywistości stworzonej w naszej głowie: dobre lub złe, ładne lub brzydkie, pozytywne lub negatywne. Ważne jest tylko to byśmy chcieli w ogóle „widzieć”, a nie jedynie bezwiednie „patrzeć”. Na koniec
powtórzę za B. Czabańskim „Widzieć, to nie to samo, co postrzegać”, dlatego „Nie wystarczy na coś patrzeć, trzeba to jeszcze spostrzec, trzeba widzieć”. 
Zatem do… widzenia…

środa, 27 maja 2020

Czy wszyscy jesteśmy ofiarami? czyli słów kilka o syndromie sztokholmskim w pracy…


„Wśród pomagających rozróżniamy takich, którzy nie myślą o sobie, i takich, którzy dbają o zachowanie dobrej kondycji. Ci pierwsi zrazu wyglądają na lepszych ludzi… tymczasem… badania pokazują, że w ogólnym rozrachunku dbanie o siebie pozwala pomagać innym dłużej… co finalnie pozycjonuje tych pomagających jako efektywniejszych”.

M. Brzeziński „Głaskologia” 

Dreptał, tupał i jest… tym razem tytuł sformułował mi się po wysłuchaniu #hot16challenge2, autorstwa E. Błachnio, która uznała, że… „wszyscy jesteśmy ofiarami”. Ja, z każdym, kolejnym dniem, także nabieram coraz to większej pewności, że jesteśmy…, w tym przypadku różni nas jedynie „stopień zaawansowania” tego stanu. Oczywiście, w warunkach pracy, zazwyczaj nic nie zagraża bezpośrednio naszemu życiu, ale z tytułowym syndromem mamy do czynienia wtedy, kiedy poniżany i źle traktowany pracownik, nie tylko nie sprzeciwia się oprawcy, w osobie przełożonego, choć nie tylko, ale jest w stanie usprawiedliwiać jego naganne zachowanie, czy też pomagać mu w osiąganiu jego tylko osobistych celów. Bardzo często w dzisiejszych realiach taka sytuacja występuje wówczas, gdy dana osoba, z jakichś powodów nie może zmienić pracy, np. z powodów finansowych (ma kredyt, dzieci na utrzymaniu), inne zobowiązania, czy też jego poczucie, jako pseudo powód do braku zmiany, wszak "chcieć, to móc". Tych przykładów można by mnożyć. Każdy z zupełnie innej bajki i o innym ciężarze gatunkowym. Wszystkie łączył by jeden i ten sam problem, tzn. występuje nadmierne, nierzadko balansujące na granicy patologii, uzależnienie pracownika od jego pracodawcy. Oczywiście, zjawiska te najłatwiej byłoby wytłumaczyć jednostkowymi błędami zarządczymi, czy też wypaczeniami organizacyjnymi. To jednak ich sedno tkwi przede wszystkim w odhumanizowaniu rynku pracy w Polsce, w tym także i w sektorze ochrony zdrowia, gdzie znaczący odsetek zarządzających uznaje dzisiaj za pewnik, iż pracownika po prostu można „kupić” i to za relatywnie niewysoką cenę. To „sprzedanie” się zaś pracownika, to przyczynek do skrajnie wysokiego poziomu stresu, występującego wówczas w pracy, finalnie wykańczającego nerwowo każdego. Pracownik poddając się tej relacji, zupełnie zapomina, że „praca to nie towar, tylko dobro”. W efekcie tego zaczyna, nie tylko akceptować swojego oprawcę, ale i tłumaczyć go na różne, możliwe sposoby. Mimo, że początkowo było mu i trudno w nią uwierzyć, to jednak z upływem czasu, odczuwając dość silne zagrożenie, poddaje mu się. Niestety taka postawa, skutkuje ciągłym przygnębieniem, a niekiedy i wręcz depresją. Człowiek by zmienić swój nastrój, stara się znaleźć jakieś wyjście z trudnej sytuacji i najprostszym z nich wydaje mu się wówczas, emocjonalne „dostosowanie się” do niej. Niestety tylko na pozór jest to dobre rozwiązanie, ponieważ przez odczuwaną „wewnętrzną niezgodę” na taki bieg zdarzeń, pracownik w konsekwencji, wykańcza się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.
Jedynym, mimo, że słabym usprawiedliwieniem dla tego stanu rzeczy, jest fakt, iż „syndrom sztokholmski, to mechanizm obronny, pojawiający się w toksycznej relacji… Osoba zdominowana zacznie usprawiedliwiać negatywne zachowania oprawcy i uznawać go za przyjaciela. Wszystkie próby interwencji z zewnątrz zinterpretuje jak próbę skrzywdzenia kata i będzie starać się go obronić”. „Syndrom sztokholmski to mimowolna reakcja obronna organizmu, sposób na przetrwanie. Umysł broni się przed wpływem kata poprzez usprawiedliwianie go i tłumaczenie jego zachowań. Dzięki temu oprawca mniej się denerwuje, a ofiara odzyskuje pewne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Człowiek chce za wszelką cenę ratować swoje życie i jest w stanie nauczyć się żyć nawet w najgorszych warunkach”. Syndrom ten sprawia, że jego ofiara nie tylko nie walczy już ze swoim oprawcą, ale co gorsza, unika jakiejkolwiek z nim konfrontacji. A po pewnym czasie zaczyna wręcz wobec osoby wyrządzającej jej krzywdę, odczuwać sympatię i w pełni się z nią się utożsamiać. W konsekwencji mechanizm ten może doprowadzić nawet do sytuacji, w której osoba prześladowana, np. mobbingowana, zacznie w dziwaczny sposób „pomagać” swojemu oprawcy, by ten uniknął mogącej go spotkać  kary.
Syndrom sztokholmski przejawia się charakterystycznymi objawami, które dosyć łatwo zauważyć, przede wszystkim w zachowaniu się ofiary, która: nie widzi, że jest krzywdzona, bagatelizuje swoją sytuację i ją tłumaczy (na przykład tymczasowością zachowań oprawcy, która jest chyba największym ryzykiem wystąpienia tego syndromu, niebezpieczne „jeszcze trochę wytrzymam”,  najczęściej podbudowane jest znaczącym poczuciem pełnienia przez siebie w pracy misji, czy tez powołaniem jako takim, a nierzadko i po prostu faktem „lubienia swojej pracy”). Wówczas dość łatwo przychodzi usprawiedliwianie kata, wykorzystując do tego argumenty dotyczące: stresu, presji, specyficznej sytuacji organizacyjnej. Mając identyczne poglądy jak oprawca, ofiara często wprost staje po jego stronie, nie chce jego krzywdy, jest w dziwaczny sposób przywiązana - uzależniona do oprawcy, reaguje agresywnie na pytania dotyczące jej relacji z oprawcą, a co chyba najbardziej niebezpieczne, reaguje negatywnie na wszystkie próby pomocy z zewnątrz.
Syndrom sztokholmski wykształca się w określonych warunkach, do najistotniejszych z nich zaliczyć należy to, że ofiara myśli, że jej przetrwanie zależy od oprawcy, jest zniewolona i pomimo, że regularnie jest poniżana, to myśli, że nie istnieje wyjście z takiej sytuacji, nie bierze pod uwagę także i możliwości ucieczki, w tym przypadku np. zmiany miejsca pracy. Swoją uwagę skupia na bardzo drobnych, ale pozytywnych zachowaniach oprawcy, jak np. zrobienie herbaty, nierzadko wyolbrzymiając je. Często bierze pod uwagę jedynie perspektywę oprawcy, przez co nie skupia się na sobie, jako osobie poszkodowanej. Z upływem lat „uczy się jak unikać sytuacji, które mogą wywołać kłótnię lub sprowokować oprawcę. Każde, najmniejsze pozytywne zachowanie kata jest zapamiętywane i wyolbrzymiane. Ofiara przekształca oprawcę w obraz wybawcy lub przyjaciela. Jest mu wdzięczna za chwilowy brak przemocy, możliwość skorzystania z toalety lub zjedzenia posiłku”.
Dlaczego tak się dzieje? Psychologowie uważają, że jest to związane z tzw. dysonansem poznawczym, czyli sytuacją w której nasz mózg chce pogodzić dwie sprzeczne ze sobą rzeczy. Przykładowo, tkwimy w sytuacji, która jest dla nas w jakiś sposób zagrażająca (np. nasza praca wywołuje bardzo wysoki stres), ale nie możemy jej w tym momencie zmienić. Aby poradzić sobie z sytuacją i ją zaakceptować, zaczynamy postrzegać sytuację jako korzystną. 
O syndromie sztokholmskim, mówimy, gdy są spełnione cztery kryteria:
  • poczucie zagrożenia – ofiara jest przekonana, że jej życie zależy od woli oprawcy;
  • odruchy życzliwości – napastnik okazuje ofierze przyjemne, przyjazne gesty;
  • brak możliwości ucieczki – ofiara nie widzi szansy na wyjście ze swojej sytuacji;
  • pełna izolacja – ofiara ma poczucie osamotnienia i bezradności.
Występują w nim 4 fazy – pierwsza to niedowierzanie (np. nie możemy uwierzyć w to, że ktoś nas wykorzystuje) w drugiej, dostrzegamy zagrożenie, w trzeciej zaczynamy przeżywać depresję, a w czwartej – by poradzić sobie z napięciem, akceptujemy ją jako sytuację bez wyjścia i zaczynamy się przystosowywać emocjonalnie do tej sytuacji, zaczynając wierzyć w to, że to co się dzieje jest dla naszego dobra, lub nasz oprawca jest tak naprawdę dobrym człowiekiem, ale „musi” robić to co robi. Problem z syndromem sztokholmskim w pracy jest taki, że jeśli faktycznie osoba zaczyna go przeżywać, to nie tylko nie widzi wyjścia z sytuacji, ale również usprawiedliwia tę sytuację. Efektem jest brak działania i tkwienie w niekorzystnej sytuacji przez lata. To oczywiście nie tylko rujnuje jej zdrowie, ale również i karierę zawodową. Stąd proces „leczenia” syndromu sztokholmskiego, to temat bardzo trudny. Zazwyczaj ofiara sama niestety nie podejmuje takich działań. To osoby z jej najbliższego otoczenia, często przy znacznym profesjonalnym wsparciu psychologa lub psychiatry doprowadzają do skutecznego jego podjęcia i zakończenia. Nie jest to jednak proces, ani szybki, ani łatwy. Niemniej powrót do równowagi sprzed jego wystąpienia jest możliwy. 
Rozpoczęłam słowami z jednego z 16 wersowców i takimi też, autorstwa tym razem K. Kasi zakończę „O czym nie można mówić o tym trzeba krzyczeć”. Zatem metaforycznie "krzyczmy" … także i o syndromie sztokholmskim, by przede wszystkim uświadamiać, zwłaszcza tych, którzy już mają go w fazie znacznego zaawansowania… Dzisiaj, u przedstawicieli środowiska pielęgniarskiego, jak i medyków w ogóle, można dość wyraźnie dostrzec, że brakuje równowagi pomiędzy pracą, a życiem osobistym, określanej w literaturze, jako work – life balance. Mimo, że koncepcja ze wszech miar słuszna, to w Polsce, w grupach zawodów misyjnych, jej zachowanie w praktyce graniczy z cudem, czy też przypomina poszukiwanie świętego Graala... Warto jednak podejmować te poszukiwania, a pomocne mogą okazać się: solidarność grupowa, przyjazna atmosfera, o którą dbają w jednakowym stopniu zaangażowania się wszyscy, ale mając na uwadze ryzyko „psucia się ryby od głowy”, to na kadrze zarządzającej spoczywa obowiązek „dawania dobrego przykładu” w tym obszarze. Na koniec, by móc się ustrzec skrajnej postaci syndromu sztokholmskiego, rozumianego „…jako stan psychiczny, w którym podwładni dowodzeni przez półmózgiego dyletanta, zaczynają odczuwać sympatię do niego, powstałą na podłożu zrozumienia jego rzekomo trudnej sytuacji, będącej następstwem tego, że sam jest gnębiony przez jeszcze wyżej postawionego niekompetentnego idiotę”, zarządzani w myśl zasady „najlepszą regułą jest brak reguł”, warto po prostu, nieco mniej dbać o pozory, a zdecydowanie bardziej o siebie nawzajem, w poczuciu rzeczywistego, wzajemnego szacunku, zawsze mając z tyłu głowy, słowa M. Latosa, że „na szacunek pracuję, a nie się go domagam”, a od czasu do czasu,"jeśli ktoś Cię rani i rozczarowuje, nie pytaj się go dlaczego tak robi. Zapytaj się siebie, dlaczego Ty wciąż na to pozwalasz?".

czwartek, 30 kwietnia 2020

Etyczny profesjonalizm – kompetencja na wagę złota



„Profesjonalizm – pozwala robić to, czego nie boją się jedynie głupcy”

„Profesjonalizm – nie ważne czym, ważne jak!”



Pomimo, że w „poczekalni” pomysłów na wpisy … dość nerwowo już drepcze „syndrom sztokholmski”, to w realiach ostatnich dni, zdecydowanie silniejszym okazał się „PROFESJONALIZM” i to nie tylko ten opisywany w słownikach, jako „duże umiejętności i wysoki poziom wykonywanej pracy”, dla których synonimem są „fachowość” lub „zawodowstwo”, ale raczej zachowania lub postawy, świadczące o wykonywaniu jakichś czynności w sposób, już nie tyle zgodny z wykonywanym zawodem, ale wręcz ocierający się o wykonawstwo pretendujące do miana „sztuki”. Zdaniem niektórych, zarówno obserwatorów jak i uczestników zdarzeń z pierwszej linii walki z „koronkami”, w warunkach polskich może i trafnie, porównywanej niekiedy do cyrkowej, to jednak zawsze ocenianych, jako „mistrzostwo”. Prawdziwy profesjonalizm wymaga samodzielnego dbania o podwyższanie kwalifikacji, przy czym nie oznacza to, że profesjonalistą jest tylko ten przedstawiciel danego zawodu, który sam uznaje, że wie już wszystko. Profesjonalizm, to raczej „docenienie tego, co się wie i pokora przed tym, czego się (jeszcze) nie wie”. Wówczas to, potrzebne informacje można postarać się jak najszybciej zdobyć. Ważne jest, szczególnie obecnie, by umieć przyznać się do swoich ograniczeń, a w razie konieczności wiedzieć, gdzie i/lub do kogo zgłosić się po pomoc. Jak zauważa M. Kijowska, profesjonalizm to „zaangażowanie w pracę bez utraty <<Ja>>”. PROFESJONALIZM składa się z pięciu zasadniczych elementów, tj.: kompetencje, wiarygodność, opanowanie, pewność siebie i stałość, która uznawana jest za najważniejszy z nich. Ponieważ chcąc być profesjonalnym, nie można czasowo „odpuścić” tego, co stanowi o istocie naszej pracy, bo mogłoby się okazać, że ta właśnie chwila, spowoduje zaprzepaszczenie całego, dotychczasowego wysiłku. 
Zdaniem A. Aduszkiewicza „profesjonalista to ktoś, kto jest świadomy wartości, jaką ma jego praca dla otoczenia społecznego. Zna swoją wartość, ale wie, że zależy ona od tego, co warty jest dla społeczności produkt, który dostarcza. Profesjonalista rozumie swoją społeczną odpowiedzialność”. Zawsze ma on świadomość, „po co?” wykonuje swoją pracę i „co chce?” w niej osiągnąć. Można powiedzieć, że profesjonalista nie jest skupiony na sobie, lecz na najlepszym wykonaniu swojej pracy. Za to go „wynagradzamy”, czy też powinniśmy wynagradzać godziwie, choć nie pracuje on tylko dla pieniędzy. Zna on i stosuje się do „reguł prezentowanej sztuki”. Innymi słowy – zna i przestrzega standardy swojej profesji. I to co dzisiaj chyba najważniejsze, to profesjonalista ma swoje nieprzekraczalne granice. Codziennie gotowy jest na „test lustra”, nie bojąc się czyją twarz w nim zobaczy, bo nie nagina przyjętych reguł granej „sztuki”, dla zaspokojenia własnych potrzeb, czy koniunkturalnie dla innych, przydatnych mu osób. Zna granice dopuszczalnego kompromisu, poza którymi zaczyna się niedopuszczalna manipulacja przyjętymi w pracy zawodowej, standardami. Zdaniem T. Czekana „Profesjonalizm pojmowany, jako pewna dyspozycja, cecha ludzi, jak~ i instytucji, staje się coraz bardziej czymś pożądanym, oczekiwanym, wymaganym i oczywistym. W kodeksach etycznych firm staje się normą, cnotą etyczną”. W tym miejscu można by zadać sobie za J. Janczukowiczem, pytanie czy „Profesjonalizm – subiektywne zagadnienie etyczne, czy wymierna kompetencja?”. Kodeksy etyczne medyków, tak jak i w przypadku innych profesji, zawierają swoistą „deklarację” profesjonalizmu. Jednak czy jest to deklaracja z pokryciem? Pozostawię odpowiedź każdemu czytelnikowi z osobna, prosząc jedynie o pamięć o subiektywizmie etyki, w ujęciu definicyjnym. By móc bezwzględnie oczekiwać „wypełnienia ww. deklaracji” należałoby uprzednio spełnić szereg uwarunkowań technicznych, organizacyjnych, czy też społecznych, właściwych dla optymalnego wyposażenia miejsca pracy profesjonalisty. Trudno jedynie wymagać profesjonalizmu, od osób mających pracować np. w źle, czy w ogóle wręcz niezorganizowanej instytucji, na niezorganizowanym stanowisku pracy, czy też z wynagrodzeniem, plasującym się na poziomie płacy godnej jedynie poziomu „bylejakiego wykonania” danej pracy. Nie od dzisiaj wiadomo, że idea profesjonalizmu w realiach organizacyjnych, w których nie ma solidarności, lojalności, czy elementarnego szacunku pomiędzy pracodawcami i pracownikami, „jest jednym z narzędzi wyzysku, zmuszania do morderczej pracy, jest młotem na opornych, bo kto odważy się sprzeciwić tak szlachetnej idei?”. Wówczas staje się jedynie „atrapą dla wygórowanych żądań wobec zatrudnionych (bez zapewnienia im możliwości rozwoju osobistego i zawodowego; i nakazu całkowitej, bezwarunkowej lojalności wobec firmy”. Dlatego też, tak ważny jest fakt, czy pracodawca, oczekujący od pracowników profesjonalizmu, daje im szansę nimi zostać. Wśród zapisów kodeksowych, nie przypadkowo za „deklaracją profesjonalizmu”, aprobowane są zapisy praw pracownika do np. odmowy wykonania polecenia, czy też pojawiające się w kodeksach zawodowych, przyjmowanych w instytucjach, w których rzeczywiście zależy zarządzającym na profesjonalizmie,  prawo „bicia na alarm”, będącym odpowiedzią na poetyckie zapytanie C.K. Norwida „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala; Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?”. Dzisiaj szczególnie, jak za sprawą szkła powiększającego widać, że zapisy zawarte w kodeksach etycznych, pokładają zbyt duże oczekiwania, w obszarze profesjonalizmu, także i w samej formie odniesienia ich do ogółu pracowników. Ponieważ oznaczają one oczekiwanie powszechnej doskonałości, a niekiedy wręcz heroizmu od wszystkich. To niejednokrotnie dzisiaj oznacza oczekiwanie formy doskonałości trudnej do osiągnięcia w przeciętnych warunkach, dla przeciętnego pracownika. Tym bardziej, że obecnie, nierzadko można odnieść wrażenie, że Ci co sami zapomnieli czym jest profesjonalizm i etyka, oczekują ich od innych ze zdwojoną siłą. Uwypuklając i potwierdzając jednocześnie stwierdzenie J. Russ „… etyka o którą się wszyscy upominają, z trudem zakotwicza swoje normy i wartości w miejscu, które je ustanawia i uzasadnia”. Dzisiaj szczególnie, łatwo możemy dostrzec związek pomiędzy profesjonalizmem i etyką. Uznając podobnie jak M. Jantos, że podstawę działań zawodowych pielęgniarki/pielęgniarza, stanowią zasady etyki medycznej, oparte na teorii czterech pryncypiów, tj.: poszanowanie autonomii; nieszkodzenie, niekrzywdzenie; czynienie dobra (dobroczynność); oraz sprawiedliwość (rozdzielcza, dystrybutywna).  Dają się one każdorazowo sprowadzić do jednego terminu, a mianowicie PRZYZWOITOŚCI, rozumianej słownikowo jako „postawa zgodna z obowiązującymi zasadami etycznymi i moralnymi; porządność, uczciwość, solidność”. I o ile chcemy uchodzić za profesjonalistę, to w codziennym życiu zawodowym powinniśmy kierować się po prostu zwykłym poczuciem przyzwoitości. Tyle i aż tyle. Zgadzam się w pełni ze stwierdzeniem A. Aduszkiewicza, że profesjonalizm i etyka „idą w parze”, dodając, że bardzo silnie związanej. By jednak „umknąć” subiektywizmowi etyki, należy je wespół, uznać za wymierną, jakże dzisiaj przez wszystkich pożądaną w środowisku pielęgniarskim kompetencję, opisywaną w literaturze, jako ETYCZNY PROFESJONALIZM. Rozumiany według J. Szczupaczyńskiego, jako „ Kierowanie się w wykonywaniu zawodu (…) osobistym systemem etycznych wartości, przełożonym na język zasad profesjonalnego postępowania i uzgodnionym z wartościami i regułami firmy, przy jednoczesnym dążeniu do etycznej integralności”. Osoby posiadające tę kompetencję, „wyraziście artykułują swoje przekonania”, a „problem etyczności pojawia się w ich narracjach jako przemyślany i uporządkowany”. Charakterystyczną cechą etycznego profesjonalizmu jest przypisywanie dużo większego znaczenia warunkom niezwiązanym bezpośrednio z doświadczeniami zawodowymi. Dla osoby o ukształtowanym systemie wartości, warunki organizacyjne mają charakter wtórny, dlatego też mało prawdopodobne, by osoba o „prostym kręgosłupie i mocnej osobowości” mogłaby, w jakichkolwiek okolicznościach, porzucić pro etyczną orientację. Przyczynia się również do tego etyczna integralność takiej osoby, przejawiająca się spójnością we wszystkich obszarach jej funkcjonowania, czy też pełnionych przez nią rolach społecznych, które pozostają w całkowitej zbieżności z jej osobistym systemem wartości. Zatem osoby posiadające tytułową kompetencję, mogą okazać się dla swoich zespołów pracowniczych, swoistym panaceum, na „kryzysowo pandemiczne” zaspokojenie, definicyjnego dobrostanu, warunkującego zdrowie… Zatem stają się bezcenni… 
Myśląc optymistycznie, już i o tym co będzie po … marzą mi się rzesze pielęgniarek/ pielęgniarzy, u których tytułowy, etyczny profesjonalizm będzie oczywistą, powszechnie posiadaną kompetencją, prezentowaną w każdym ich codziennym, działaniu zawodowym. 
Uznając „klaskanie”, zwłaszcza nieszczere, za passe, w zastępstwie tych „klasków”, w zamian podsumowania, pozwolę sobie na osobiste i niestandardowe ujęcie „dziękuję”, dla wszystkich koleżanek i kolegów, pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy niejednokrotnie, w burzy chaosu organizacyjnego, nadal i mimo wszystko „po prostu robią swoje”, prezentując już dzisiaj najwyższy z możliwych poziomów etyczny profesjonalizm. Szczególnie „zdrowo” myślę tutaj o tych, „z pewnego, mono profilowego szpitala, miejsca moich źródeł zawodowych”. Trzymajcie się każda/każdy z osobna i pamiętajcie słowa J. Blackhurst, że „Nie możesz ciągle ratować świata. Czasem trzeba poprzestać na ratowaniu siebie”, bo jak to ludzie powiadają: dobry medyk, to medyk żywy i zdrowy.